O lekcjach kwitnienia

Recenzować nie będę, to zrobi każdy czytelnik we własnym zakresie. Lub zrobią to inni, za mnie, lepiej i szybciej. Streszczać też nie będę – streścić książki się nie da lub nie wypada. Zwrócę uwagę tylko na kilka chwil i westchnień, które mnie się udzieliły. 

Strona 48. Podejrzewałem to już wcześniej. Że bohaterowie jakoś ze sobą rozmawiają, że te monologi, w rzeczywistości są dialogami. Nie wprost, ale jakoś inaczej, jakoś poza czasem i poza tematem, ale jednak – to dialogi. Katarzyna Pochmara-Balcer wpada na dobry pomysł kompozycyjny, żeby książkę napisać z wielu perspektyw. Ale, żeby między nimi był dialog, to nie mieściło mi się wcześniej w głowie. A dialog jest, i jest świetny. Strona 48, Sandor odpowiada, całkiem wprost, Tomaszowi. To po pierwsze. 

Bohaterowie przemyślani, choć mnie najbardziej przekonuje Dominika. Jej opowieść o Marku Kopie wbija w fotel i dobija. Nie dlatego, że jest taka straszna. Nie jest. Porusza dlatego, że historia Marka Kopy jest opowiedziana poprzez milion „może”, milion alternatyw i dwa miliony niedopowiedzeń. Jest opowiedziana tak, że czytelnik nie dowiaduje się niczego konkretnego, a mimo to, wie wszystko. Jest tak opowiedziana, że do teraz chcę, tak jak Marek Kopa, łapać świeże wiosenne powietrze, interesować się tym, co za oknem tramwaju. 

Takich momentów w książce jest więcej. Opowieść płynie, a co jakiś czas, niespodziewanie, dryfuje jakiś fragment zaczarowany. Nie z tego świata, nie z tej książki, ale pasujący. Dzieje się coś magicznego. Książka oddycha, to znaczy, że jest napisana nielinearnie. I to dobrze. Te fragmenty, w których zmiana stylu jest wyczuwalna, porywają. Chciałoby się, żeby całość była tak napisana, tak jak fragmenty o Marku Kopie lub fragmenty o zmarłej żonie. A może to wspomnienia mówią najpiękniej w książce? 

– Nie można żyć ciągłymi wspomnieniami dlatego czasami musiałam zwyczajnie ciągnąć akcję dalej – tak by pewnie powiedziała autorka. Chyba to mnie przekonuje w książce najbardziej. 

Powiedzieć, że historie bohaterów popchnęły ich w stronę Elizy, to pójść na łatwiznę. To nie ich przeszłość, ani nawet nie ich słabości sprawiły, że wyjechali. Dali się przekonać bo przecież Eliza mówiła rzeczy piękne. Może nie mądre, ale piękne. A ja, jako czytelnik, też dałem się porwać tym naukom. No bo dlaczego by nie. Przecież jestem tylko czytelnikiem, przecież mnie to nie spotka. No właśnie. 

I na koniec tytuł. Przed lekturą miałem z nim problem. Nie da się przecież uczyć kwitnienia. Kwitnienie to proces samoczynny. Ale życie to nie logika, więc zachęcam do „Lekcji kwitnienia”.

About the author

Tomasz Mirecki

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *