Plateau (fragment)

Fragment powieści Plateau, Sylwia Kukla- premiera styczeń 2019

Drogi Andrzeju,

mijają cztery lata, odkąd niespodziewanie los zetknął nas w przedziale pociągu relacji GdyniaLublin. Trzy lata, odkąd wyznałam Ci miłość. Dwa, odkąd przestałeś zabiegać o kontakt ze mną, i rok od momentu, gdy zaczęłam się z tym godzić. Jestem na początku tej drogi i każdego dnia staję na starcie, by zacząć ten bieg od nowa. Bieg polegający na zapominaniu Ciebie.

Wciąż zadaję sobie pytania, na które nie znalazłam dotychczas odpowiedzi. Czy od początku naszej znajomości było nam nie po drodze, czy też nie umieliśmy nią pokierować tak, by rozwinęła skrzydła i szybowała nad naszymi głowami niczym wolny ptak? Wolność… Dużo o niej rozmawialiśmy podczas naszych pierwszych spotkań. Buntowaliśmy się przeciw systemowi, konwenansom, które narzucają światu sztywne zasady. Psioczyliśmy na społeczeństwo i najbliższe środowisko, które krzywi się na każde odchylenie od normy uznanej i zaakceptowanej przez większość.

Mówiliśmy dużo i ogólnie, nie próbując wtedy powiązać wszystkich poruszonych tematów z nami i z naszym życiem. Nie chcieliśmy przyznać przed sobą, jak bardzo jesteśmy skonfundowani tym, co narastało w nas przez te liczne spotkania przy kawie. Nigdy nie udało mi się policzyć, ile czasu ze sobą spędziliśmy, ile razy siedzieliśmy, wypatrując nieśmiało naszych słów i gestów, które nie padły lub były tak zawoalowane, że nawet niewidoczne dla nas samych.

Ty jesteś człowiekiem liczb i pewnie umiałbyś sprostać temu zadaniu. Jak sądzisz, ile ich było? A z drugiej strony, czy ma to jakieś znaczenie, skoro zawsze czułam się z Tobą jak na pierwszej randce? Za każdym razem robiłam wszystko, by wypaść jak najlepiej i nie przekroczyć magicznej linii, za którą już jedynie włos od intymności. Wstyd mieszał się we mnie z ciekawością, co kolejnym razem padnie z Twoich ust. I tylko to palące niespełnienie i tęsknota za tym, na co nieśmiało czekałam, przypominało po fakcie, że przecież to nie była nasza pierwsza randka. Nawet wtedy gdy aż kipiało z nas pożądanie, byliśmy stonowani i nie zdradzaliśmy światu tego, co skrywaliśmy głęboko w naszych wnętrzach.

Cieszę się na wspomnienie tych nielicznych chwil, gdy z pomocą kilku kropel alkoholu spadała z nas kurtyna wstydu. Tylko wtedy potrafiliśmy się zatracić i nie zwracać uwagi na zatłoczoną ulicę skąpaną w świetle księżyca. Niepokornie wodziliśmy po naszych ciałach pulsującymi językami i spragnionymi dotyku dłońmi. Do dzisiaj, zamykając oczy, potrafię poczuć Twoją zaciskającą się dłoń na mojej lewej piersi i opinające się spodnie w kroku, gdy tak bardzo pragnąłeś być we mnie. Czułam się wtedy wręcz bezwstydnie szczęśliwa. Jednak w ciągu dnia, podczas naszych przyjacielskich spotkań przy kawie, gorset nieśmiałości krępował moje gesty, upstrzony półsłówkami z pozornej pewności siebie, z krzykliwymi esami-floresami poczucia humoru i nic nieznaczącym słowotokiem.

A może to było silne poczucie odpowiedzialności za to, że dzielimy życie z kimś innym? A może był to lęk przed rzuceniem na wiatr słów, które musielibyśmy poprzeć czynami? Bez szczerej rozmowy z Tobą nigdy nie uda mi się samej znaleźć odpowiedzi na te pytania. Chociaż przypuszczam, że było w nas tego wszystkiego po trochu. A co Ty o tym myślisz? Tak, wiem, Ty tego tak nie analizujesz…

Jednak i bez happy endu wszystkie nasze chwile były piękne. Te, gdy wpatrywaliśmy się w siebie, nie zważając, że czas biegnie swoim rytmem, gdzieś w odległej nam czasoprzestrzeni. Patrząc na Ciebie, byłam obecna całą sobą, nie zważając na życie toczące się za oknem. Zatopiona w naszej teraźniejszości, nie pomyślałam, że to kiedyś może się skończyć, że może zabraknąć nam słów, odwagi, ochoty, czasu lub czegoś innego, by trwać w tym dalej. Tam i wtedy sekunda po sekundzie budowałam skrawek mojej dzisiejszej przeszłości. Dlatego teraz moje wspomnienia o Tobie smakują jak kawałek pysznego tortu, którym delektuję się od czasu do czasu. Może przez to mniej boli, że nie ma już nas, tej pajęczej nici, którą zerwaliśmy przez nieuwagę, roztargnienie, narastający żal czy niespełnienie.

Dzisiaj dziękuję Ci za każdą poświęconą minutę, za wszystkie Twoje spojrzenia, które muskały moją twarz, za Twoją obecność podczas każdej naszej rozmowy i za to, że całym sobą zdradzałeś, że naprawdę lubisz mnie słuchać. I chociaż trwało to tak krótko, jestem Ci wdzięczna, że nasz wspólny czas był tak intensywny i tak owocny w pozytywne emocje, jakich dzięki Tobie mogłam doświadczyć. Dziękuję!

Chciałabym Cię również przeprosić. Za moje nieudolne monologi, pod którymi próbowałam schować lęk przed utratą Ciebie. Dzisiaj już wiem, że raniły Cię one do żywego. Nie zachowałam się, jak należy, gdy mój niekontrolowany słowotok wymykał mi się spod kontroli i chłostał Cię na oślep. Kiedyś gdy siedzieliśmy przy lampce czerwonego wina, wyznałeś, że masz poczucie, jakbyś brał udział w grze, w której to ja dyktuję reguły. Jeszcze długo po Twoim wyznaniu kręciłam w myślach głową. Widziałam jedynie czubek własnych emocji do Ciebie, a one wydawały mi się czyste jak łza.

A jednak miałeś wtedy rację. Przejrzałeś mnie na długo przed tym, jak ja przeniknęłam własne myśli. Tak, wtedy pogrywałam z Twoimi uczuciami, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo jest to okrutne. Dziś wiem z całą pewnością, że stworzyłam jakąś dziwną grę słów, w której po każdej rundzie, oczekując Twojej reakcji, planowałam kolejny ruch. Wybacz mi, nie wiedziałam, jak bardzo uzależniałam kolejne swoje słowa od Twoich. Na usprawiedliwienie mam tylko cel, który mi wówczas przyświecał – czyli chęć usłyszenia, że mnie kochasz. Ale czy cel uświęca środki? Raczej nie…

Co ja sobie wtedy myślałam? Że czterdziestoletni mężczyzna po kilkunastu spotkaniach zapomni o bagażu własnego życia, o zobowiązaniach, o wszystkich wokoło i wyzna czterdziestoletniej mężatce tak po prostu miłość? I to tylko dlatego że usłyszał od niej, że go pokochała? Dobrze wiedziałam, że więcej w Tobie niedomówień niż słów, milczenia niż gwaru i powściągliwości niż spontaniczności. Czekając na Twoje słowa, wymyślałam sobie Ciebie jako zupełnie innego człowieka – takiego, który porwie mnie w ramiona i namiętnie całując, powie, że nie może już beze mnie żyć… pomimo wszystko.

Obserwując Twoje bezwolne ruchy, widziałam jedynie opanowanie, stagnację i może nadzieję, że to ja wezmę Cię za rękę i powiem „chodź ze mną”. Bo na poziomie emocji, z dala od werbalnych niuansów, czułam Twoją miłość. Chciałam jedynie potwierdzenia. Chciałam za dużo i zbyt zachłannie. Trochę łatwiej kochać kogoś, kto wprost mówi o swoich emocjach. Łatwiej wtedy przychodzi działanie. Trudniej, gdy po drugiej stronie jest milczenie.

Ty milczałeś częściej, niż mówiłeś. Nie lubiłam Twojego milczenia. Złościłam się na nie, nie rozumiałam go i wymyślałam tysiące interpretacji. Bo milczenie to taki tekst z wielością znaczeń, z rozbudowanymi metaforami w mojej głowie. A Twoje milczenie to mieszanka wszystkich moich uczuć, również tych największych i najstraszniejszych. To połączone ze sobą smaki: słodyczy wspomnień, goryczy rozstania, słoności łez i tęsknoty oraz kwaśnego posmaku otrzeźwienia. Milczenie to jednoczesne oczekiwanie na wszystko, co dobre i złe, na odpowiedź, na własną emocjonalną reakcję.

Jak ja nienawidziłam Twojego milczenia! Nie przeczuwałam, że kiedyś zamilkniesz bez słowa wyjaśnienia, bez „żegnaj na zawsze”, że zostawisz nasze niedokończone zdanie bez kropki na końcu. Milczenie to rozmowa z oddechem, w którym na próżno szukać wymownych westchnień. Czuć tylko miarowy wdech i wydech, bo tylko to wie się na pewno, że druga osoba gdzieś na drugim krańcu świata lub ulicy… oddycha.

Te ostatnie dwa lata naszej nieznajomości to Twoje milczenie i moje wyobrażenie o Twoim oddychaniu: wdech, wydech, wdech, wydech… i nic poza tym. Wciąż mi smutno, gdy o tym myślę. Moje przeczucie emanujące pewnością, że kiedyś będzie nam dane być razem, rozbiło się o twardą skałę Twojego milczenia. Bo milczenie to też narzędzie destrukcji, które zniszczy wszystko, co wymaga fundamentów pod solidny most porozumienia między dwojgiem ludzi. Nasz cienki most niszczyliśmy na dwa różne sposoby: ja słowami, które ranią, Ty milczeniem, które kaleczy.

Dziś nie wiem, czy nasze życie mogłoby potoczyć się inaczej. Zachodzę w głowę, po co właściwie los nas ze sobą zetknął? Czy to był jakiś odgórny cel? Czuję, jakby ktoś miał na nas plan, ale rozmyślił się tuż po tym, jak zaczął go wdrażać. A może ten ktoś tylko dał nam szansę, byśmy wzięli sprawy w swoje ręce i zrobili to, co chcemy? Może tej szansy nie wykorzystaliśmy tak, jak od nas oczekiwano? Może nasz lęk, okryty pozornym płaszczem odpowiedzialności, odebrał nam odwagę potrzebną do działania? Może nie byliśmy gotowi na zmiany? Może nie chcieliśmy być na nie gotowi? Przeżyliśmy już wiele, doświadczenie podpowiada, że w tym wieku nie uda się zbudować czegoś nowego, co będzie miało powiew świeżości, smak pierwszego razu…

A może to błąd, bo gdybym miała wymienić wszystkie rzeczy, które przeżyłam pierwszy raz właśnie z Tobą, to zapełniłabym kolejną kartkę tego listu…

Byłeś pierwszym mężczyzną, z którym wypiłam najwięcej kaw…

Byłeś pierwszym mężczyzną, z którym spędziłam wiele pierwszych randek…

Byłeś pierwszym mężczyzną, który słuchał mnie całym sobą…

Byłeś pierwszym mężczyzną, który był moim przyjacielem…

Byłeś pierwszym mężczyzną, którego pokochałam wbrew zasadom…

Byłeś pierwszym mężczyzną, który wodził wzrokiem za moimi gestami…

Byłeś pierwszym mężczyzną, z którym wbrew sobie nie kochałam się do utraty tchu…

Byłeś pierwszym mężczyzną, który zamilkł bez słowa wyjaśnienia…

Byłeś pierwszym mężczyzną, za którym wciąż tęsknię…

Jesteś pierwszym mężczyzną, który mnie onieśmiela…

Jesteś pierwszym mężczyzną, do którego piszę list pełen emocji…

Jesteś pierwszym mężczyzną, który mnie znienawidził…

Jesteś pierwszym mężczyzną, z którym tak bardzo chcę się znów spotkać.

Dziękuję Ci, że byłeś, i wciąż czekam na to, abyś pozwolił mi wrócić do swojego życia.

Zosia upiła łyk wina, dziwiąc się, że w butelce jest już tak niewiele płynu. Nie czuła jednak przyjemnego posmaku rozchodzącego się po języku, a jedynie słoność swoich łez.

PS Andrzeju, ten list za chwilę spakuję do butelki po winie i wrzucę do morza. W środku będzie kilka kamieni, by butelka nie dryfowała zbyt długo. Zapewne po jakimś czasie opadnie na dno i rozpocznie tam swoje podwodne życie niemego obserwatora. Dlatego też tego listu nigdy nie otrzymasz i zapewne nigdy nie przeczytasz tego wyznania, ale głęboko wierzę, że słowa mają moc sprawczą, nawet jeśli są uwięzione w ciasnej butelce. Nie wiem, jaką moc mają te, które właśnie piszę do Ciebie. Nie wiem, czy je zrozumiesz tak, jakbym chciała. Nie wiem, czy coś z nimi zrobisz. Ale wiem jedno, gdzieś w głębinach mojego serca jest takie miejsce, w którym leży samotna, szczelnie zakorkowana butelka z odręcznie napisaną etykietą „do Andrzeja”. Ona tam cierpliwie czeka, by dostać się w Twoje ręce.

Resztkę wina dopiła. Zwinęła list w rulon i włożyła go do butelki, wypełniając ją dodatkowo kilkoma kamykami. Podbiegła do linii brzegowej morza i cisnęła szkło najmocniej, jak tylko potrafiła. Silnie wiejący wiatr od lądu marszczył wodę w duże fale, które napędzały butelkę. Zosia czuła się największą, nieekologiczną śmieciarą plażową, najbardziej zdesperowaną czterdziestolatką i beznadziejnie zakochaną pijaną kobietą, która nie umiała poradzić sobie z ogromem swoich uczuć. Zupełnie jak postać na żałosnej, kiczowatej pocztówce miłosnej z dziką plażą w tle.

Patrzyła na unoszącą się po powierzchni wody szklaną kopertę skrywającą jej tajemnicę. Wiatr kołysał falami, wprawiając butelkę w taniec. Zosia wpatrywała się w znikający punkt i delektowała się spokojem, jaki spływał na nią pierwszy raz od kilkunastu miesięcy. Wreszcie wszystkie rozedrgane myśli uspokoiły się i przestały straszyć zza kąta jej pragnień. Wciąż czekała, ale już pogodzona z tym, że minie jeszcze dużo czasu, nim zapomni przeszywający na wskroś ból tęsknoty.

Mimo to szczerze uśmiechała się do wszystkich myśli, które pojawiały się w jej głowie. Witała je na nowo, z wdzięcznością, że odwiedziły jej znękane progi. Każdą z nich przytulała do siebie i głaskała, by ją oswoić. Już bolało trochę mniej, że Andrzej zamilkł. Przecież tak bardzo lubiła te pauzy, którymi oddzielał każde wypowiedziane zdanie. Może jego brak był dla niej potrzebnym oddechem przed kolejnym spotkaniem. Gdziekolwiek Andrzej się znajdował, Zosia miała nadzieję, że wszystko u niego dobrze, że żyje pełnią życia. Że nie cierpi.
(…)

Potężny ból głowy długo nie dawał zapomnieć o upojnym wieczorze. Zbyt dużo wypitego wina dało się Zosi we znaki. Jak mogła pozwolić sobie na taką lekkomyślność? Nie lubiła upijać się w obawie, by nie uronić żadnych wspomnień. Mogłaby lekkomyślnie tracić pamięć do rzeczy błahych, ale nigdy nie wiedziała, które chwile kiedyś zyskają na znaczeniu.

Poprzedni dzień był dla niej szczególny, magiczny. Poszła sama na plażę, by stanąć oko w oko z własnymi uczuciami. Nie wybrała tego miejsca przypadkowo. Nie pokusiła się o to, by wcisnąć się do hałaśliwej kafejki i spisać list, sącząc kawę, bo tam mogłaby nie usłyszeć wszystkich swoich myśli. Nie została w zacisznym kącie sypialni, bo uważała, że ściany jej domu nigdy nie powinny ujrzeć tego, co napisała. Wybrała opustoszałą przestrzeń, nieograniczoną murami, gdzie wszystkie emocje mogły odpływać na falach i z przypływem do niej wracać. Zosia znalazła w sobie siłę, by dać im przyzwolenie na to, by wyszły z jej wnętrza. Mogły fruwać jej nad głową i skrzeczeć jak rybitwy, nurkować w wodzie, by wreszcie wypłynąć na brzeg wprost u jej stóp. A ona zbierała je do kolekcji jak muszle i zapisywała drżącą dłonią na papierze.

Gdy list w butelce dryfował już w morzu, doznała spokoju, którego nie czuła od dawna. Jednak nie trwało to zbyt długo. Rankiem głowa mimo ogromnego bólu pracowała na najwyższych obrotach. Skrawki niedokończonych myśli bez pardonu wdzierały się do jeszcze otępiałego rozumu, by złożyć zażalenie, że nie zostały ujęte w tak ważnym dokumencie. Za nic miały tłumaczenia, że ten list nigdy do Andrzeja nie dotrze, że butelka nie miała konkretnego adresu, że to była nieudolna próba terapii, by otrząsnąć się po utracie miłości. Że w ten sposób Zosia chciała sobie przebaczyć, że nie umiała tej miłości przyjąć z honorami, z szacunkiem i wyrozumiałością. Kolejne myśli kłębiły się w niej, wciąż przybierając na sile.

Zosia nie była w stanie cokolwiek tłumaczyć samej sobie. Poddała się tym myślom i ze smutkiem wsłuchiwała się we własne emocje. Leżała odrętwiała i próbowała dopisać kilka zdań do tamtego listu, mając za papier wyobraźnię, a za pióro rozedrgane emocje. Drżały tak samo jak jej dłoń, gdy kreśliła litery na plaży.

Andrzeju,

mój list do Ciebie odpłynął z wczorajszą wodą. Może już go otrzymałeś, a może wciąż próbuje on do Ciebie dotrzeć… Dosyłam Ci więc tych kilka słów drogą powietrzną, mając do dyspozycji wiatr i moje skrzydlate, nastroszone uczucia.

Jestem na Ciebie tak bardzo zła. Dlaczego o mnie nie walczyłeś? Dlaczego milczałeś, gdy powinieneś był mówić? Dlaczego wciąż za Tobą tęsknię, skoro minęło już tyle lat? Dlaczego uparcie milczysz, żyjąc sobie w swoim bezpiecznym i przewidywalnym świecie?

Niewiele mówiłeś, ale zdążyłeś obiecać, że nigdy nie zamilkniesz. Było to na jednej z naszych „kawowych” randek, gdy zapytałam, czy zawsze już będziesz przy mnie. Pamiętam każdy Twój gest tamtego dnia. Swoim ciałem kreśliłeś prawdę. Ty też w to wtedy wierzyłeś czy może nie miałeś sił, by zaprzeczyć? Prosiłeś, abym o Tobie zawsze pamiętała, a to Ty o mnie zapomniałeś. Skazałeś mnie na milczenie jak na banicję. Wygnałeś mnie z myśli i ze swojego bezpiecznego terytorium. A przecież obiecałeś być moim przyjacielem. Byłeś nim chociaż przez chwilę? Nie uchyliłeś ust, by powiedzieć cokolwiek o swoich uczuciach do mnie. Czy naprawdę przez ten cały czas nie znalazłeś odwagi, by powiedzieć mi, że mnie kochasz? Może zapytałbyś przekornie, czy to by coś zmieniło. Nie wiem. Może wszystko, a może nic. Tak jak moje „kocham cię” nie spowodowało trzęsienia ziemi, tsunami ani też wybuchu wulkanu. Tak samo siedziałeś naprzeciw mnie, popijając kawę. Spokój, opanowanie, samokontrola i to wszystko przeplatane miarowym oddechem.

Cholera jasna, czy nie mogłeś przynajmniej wziąć mnie za dłoń lub przynajmniej jej dotknąć? Dać sygnał, że przyjmujesz tę moją miłość i że po prostu się nią cieszysz? Ale nie, my przecież nie pozwalaliśmy sobie na tak spontaniczne zachowania w miejscu publicznym. Przejmowaliśmy się tym obrazkiem widzianym z zewnątrz, że wszyscy zauważą nasz prawie-romans. Poczucie winy wypisane mieliśmy na czole tuż obok pożądania i gdyby ktokolwiek kiedykolwiek zatrzymał wzrok na naszym stoliku, od razu by to zauważył. Tyle że wszyscy mieli to w głębokim poważaniu. Tylko my tego wtedy nie wiedzieliśmy. Tkwiliśmy w naszych gorsetach moralności, kipiąc pożądaniem. Weszliśmy w rolę kochanków „chciałbym, ale boję się”. Czy dzięki temu byliśmy bardziej moralni?

Ale przecież Ty potrafiłeś w centrum miasta podejść do mnie bez słowa i pocałować w usta. Wszystko ponad to było i pozostało marzeniem. Dlaczego więc przez ten cały czas nie powiedziałeś mi czegoś, o czym mogłabym myśleć? Jak echo powtarzałeś moje słowa i czyny. Więc dzisiaj oskarżam Cię o wszystkie nasze niepowodzenia. Jesteś współwinny mojej tęsknoty, cierpienia i smutku. A ja za Twoje milczenie i wycofanie bez słowa wyjaśnienia skazuję Cię na najgorszą karę – świadomość mojej miłości. Nie przestanę Cię kochać nawet teraz, gdy tak bardzo Cię nie lubię.

Niech torturą będą wszystkie moje słowa, które wiatr zamieni w ładunek emocjonalny i rozsieje tuż nad Twoją głową. Poczuj ciężar moich niespełnionych uczuć. Nawet jeśli o mnie już zapomniałeś, to pamiętaj przynajmniej to, że Cię zawsze będę kochała taką zieloną miłością, która pragnie Twojego szczęścia bez względu na wszystko. Nawet jeśli na zawsze wymazałeś mnie ze swojego życia. Nie zamierzam iść w Twoje ślady i mimo bólu będę pielęgnować pamięć o Tobie.

Nie boję się odczuwać bólu, bo on jest częścią naszej historii, w której grałeś i nadal grasz główną rolę. Nie boję się tęsknoty, bo dzięki niej wciąż o Tobie pamiętam. Coraz bardziej oswajam Twoje milczenie i myśl, że może już nigdy nie będziemy ze sobą rozmawiać. Nie wiem, czy kiedykolwiek pozwolimy na to, by los ponownie nas do siebie zbliżył. Cokolwiek się wydarzy bądź nie, miejsce w moim sercu masz komfortowe.

Zosia


About the author

Sylwia Kukla

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *