Patelnia – Odcinek 1

Zawsze było mi wstyd w ogóle oddychać, co dopiero rozmawiać z ludźmi, chociaż poznałem wielu i wielu poznało się na mnie. Według ojca – rozumiesz – nie mogłem w życiu zrobić tylko dwóch rzeczy, to jest zostać księdzem, albo – broń Boże – jeszcze jakimś pedałem! Matka z kolei prosiła, żebym wyznał gdybym jednak poczuł powołanie, z pasją planowała moją karierę w koloratce, gadała: Wszystko zależy od czucia, tego, natchnienia! Nawet papieżem mógłbyś zostać, taki jesteś – aż ją skręcało z podniecenia – no, co się śmiejesz, Polacy mogą być papieżem, świętym.

Dlatego kiedy przy wigilii w domu rodzinnym wyznałem, że jestem gejem i zacząłem się w duchu modlić – ojciec wyjął zza kredensu pistolet po św. pamięci dziadku. Odbezpieczył – pobladłem, spust cyknął, ale gnat nie wystrzelił, aż matka wrzasnęła: Jezus, kurwa, Tadziu! Spuściła głowę, niby aureola jej nagle zaciążyła, kiedy tłumaczyłem szybko, w nerwach, że to nie jest mój wybór ani uleganie żadnym wpływom, że przepraszam i że bałem się wcześniej cokolwiek powiedzieć, bo nie chciałem ich zawieźć – zawieść, kurwa… ale ona tylko: Przecież on nie działa – o pistolecie, jakby zahipnotyzowana taka. Ojciec miotał się, beształ w kółko na wydechach: Ty złodzieju, ty cwelu, ty pedale! Po chwili łapie się za otłuszczonego cyca i proklamuje: Bacha! Moje serce Bacha!

– Tadziu, kurwa! – i po karetkę. – Żeś wziął i zjebał święta na zawsze – z nienawiścią do mnie, taką wściekłością, zanim operator odebrał telefon.

Naoglądałem się nocami amerykańskich filmów o coming oucie i wyobrażałem sobie różne rzeczy, mieliśmy się przytulić, popłakać, chciałem usłyszeć, że mimo wszystko będą mnie dalej kochać, tak? Z tym że nie – totalny armageddon! Lewy prosty od ojca, choinka plastikowa poleciała z taboretu, chihuahua, którą odruchowo nabrałem ochoty kopnąć, żeby tak piznęła o sufit albo nadepnąć ją z satysfakcją jak przy przydeptaniu peta na do widzenia, rozdzielała tego, co darł mordę: Pedała zrobiłaś, zrobiłaś pedała! I tą dewotkę w klipsach: Ja zrobiłam? Sama zrobiłam, niepokalanie? Tadziu, nie wkurwiaj mnie, umierasz! Halo, halo?

Zaszumiało mi w uszach, w kinie nazywają to chyba dźwiękiem ciszy, świst taki, pisk, kojarzysz? Coś na tyle wyrazistego, że zdawało się mieć kolor – biały, jak odpływasz na adrenalinie czy czymkolwiek, co wpompowało mi się właśnie w mózg widzisz biel – nie ciemność, tylko właśnie szron jak w zepsutym TV.

Brawurowo wbiegłem do swojego pokoju, wyciągłem z tapczanu plecak turystyczny, górski spakowany na taką właśnie ewentualność, ubrałem kurtkę i wyszłem. Wyszedłem, kurwa i zostawiłem otwarte drzwi. Stary zgrywał zawał, matka udawała że dzwoni na pogotowie. Sąsiedzi zaczęli się pewnie pytać: Znowu piją? No, znów piją. Odkąd pamiętam Tadziuś lubiał łoić wódę, codziennie, bezwzględnie. Matka też chadzała w cug, gdy sytuacja stawała się beznadziejna, kiedy biegał za nią z siekierą, grożąc, że zabije, że zniszczy, jeśli nie wypuści go chlać, kiedy zamykaliśmy drzwi, chowaliśmy mu buty i musiał skakać przez balkon w jej szpilkach.

Podobno zanim się urodziłem było inaczej. Poznali się w NRD, Tadek opowiadał, jak to była: Zima, Niemcy wysadzili nas z pociągu przy granicy, śniegu po kolana, bo to styczeń, osiemdziesiąty ósmy, pociąg z Berlina do Polski, przez Polaków im się komuna waliła i chcieli postraszyć to ustawili nas w rządku, co najmniej minus dwadzieścia, i wtedy ją usłyszałem, jak jej szczęka na mrozie latała, przez zaciśnięte zęby przeklinała: NR-D-D-D, N-NRD-D-D-D-D. Normalnie… anioł, anielica, zakochałem się.

Teraz: Wypierdalaj! – ojciec z dywanu, oby ostatnim swoim tchem.

Działałem z rozpędu, zgodnie z planem, tak? Może nie był on najlepszy, ale w podobnych sytuacjach nie wolno się wahać, trzeba iść, liczyć kroki i oddychać, powtarzać jakąś mantrę – dla mnie działała: Ja pierdolę, kurwa, ja pierdolę! Skup się, żeby nie zaliczyć gleby na lodzie. W takim turbo szale leciałem przez Maków, że gdyby mnie zatrzymać to bym chyba eksplodował, jak supernowa, jak atomowa bomba. Starzy traktowali przyjechanie do miasta powiatowego jak awans społeczny, a przecież ze stołecznej perspektywy Maków to była ledwie wieś na prawach miejskich, już sama jego nazwa… Maków wywierał wrażenie zmyślonego miejsca, pasuje powiedzieć: Załóżmy, że nazywało się Maków – i wyobraź sobie! Był jeden supermarket, jeden kościół z tych ceglanych z witrażami, co wydaje się chować pod ołtarzem skarby Krzyżaków, jedno kino z jedną salą filmową, jeden szpital, posterunek policji i straży pożarnej, jedna szkoła z przedszkolem, Dom Kultury i ogródki działkowe „Metalowiec” za zardzewiałą bramą podpisaną na jednym skrzydle „METAL” a na drugim ”OWIEC”. Wiesz, gdzie za stacją benzynową siedzi z kolegami menel Erwin, żul luksusowy, od pokolenia widywany w tym samym, śmierdzącym garniturze w stylu wczesnego Wałęsy i rozumiesz, że do spalonego domu koło niedziałającej studni zajeżdża często radiowóz, bo chodzą tam na śmierć samobójcy, co ćpali na ruskim cmentarzu, radzieckim. Były bloki, co rozróżniało się je na kolory i takie, co dzieliły się na spółdzielnie, no i te przy nowym kościele, który był zupełnie inny od starego i wyglądał jak latający spodek, cały biały w środku jak sklep Apple, park z zarośniętym basenem miejskim, w którym wybijały wody gruntowe, turbina na rzece i las z promenadą ukraińskich grzybiarek, a wszędzie wrony, trzepot ich, krakanie, stałe mijanie drzew, z których rozpierzchają się nagle, i ten trujący chwast zza zalewu, Barszcz Sosnowskiego, zielsko kaukaskie.

Chyba tylko Zenon, samotny emeryt był oprócz mnie na mieście w wigilię, czuwał na ławce przed zielonym blokiem, bujał się upośledzenie, powtarzał: Woda, woda, woda, woda… WRE! WRE! WRE! – zaklinał pogodę, przywoływał deszcze, odpędzał nieurodzaj, pro bono ratyfikował telepatycznie traktaty międzynarodowe, planował bezkolizyjny ruch satelitów po orbitach, przestrzegał, że: W Żydowskiej bożnicy, tej zabitej dechami, Żydzi ukrywają kody, kody odbezpieczające do rakiet, rakiet wycelowanych w Iran! 

Rodzina przypominała sobie o Zenonie kiedy wariat zaczynał przeważać człowieka i zabierali go na leczenie, wabiąc do karetki jak dzikiego zwierza. Utrzymywał, że widzi napromieniowane chmury wokół budynków, buczące, pulsujące, a za radiację mieli odpowiadać Ruscy, oczywiście, rzecz jasna także Niemcy, ale zwłaszcza Ruscy. Wracał z ośrodka w świeżych ciuchach i od nowa usypywał sprzątnięty po sąsiedzku kopiec z petów pośrodku pustej kawalerki z balkonem, prywatną amboną, z której codziennie głosił: Zło to zło to zło to zło to zło to zło to zło to zło to zło to zło – co zdradzało osiedlu, że odstawił leki.

Dworzec, lapidarium z macew Żydowskich, którymi Niemcy brukowali ulice, przede mną jakaś para, ona: Nie-e! On: Ta-ak… Ulgowy do Warszawy Centralnej zamówiłem u kierowcy ostatniego autobusu z Makowa, jechał dwadzieścia po dwudziestej.

Zająłem miejsce na tyle, bo czułem, że będę płakać, co nie? Z glutem, ślinotokiem, ze wszystkim tym, co się stało tak szybko usiadłem jako bagażem, całym dobytkiem, bezmyślnie, a kiedy radio cichło między bożonarodzeniowymi hitami moje żałosne ryczenie niosło się przez autobus aż do kierowcy, który na przystanku w Pułtusku poprosił mnie na bok: Nie becz, młody, chodź zajarać, pogadać – zagaił i gdy skłamałem, że chodzi o moją babcię, że właśnie zmarła w wigilię, zwierzył, poważnie przejęty: Moja matka na starość mało mówiła, niewygodnie było pytać, rozmawiać, oglądała tylko msze z Torunia w transmisjach na żywo i Modę Na Sukces. Zniedołężniała była, kazała się ubierać, ją w weselną suknię, malować ją i czesać przed każdym ślubem Brooke Logan, żeby była taka ładna z okazji, że wychodzi za mąż ta Brooke. Masz chusteczki – podał i zapaliliśmy jeszcze po jednym szlugu, a pierwszy raz jarałem, śmigały mi, nie zarejestrowałem, że zanim odjechaliśmy z Pułtuska kupiłem własną paczkę. Resztę trasy przesiedziałem na froncie autobusu, wyglądając przez przednią szybę z dyndającą choinką zapachową, mdlącą, przy tapicerce nakrytej plecionką z drewnianych koralików na przezroczystych żyłkach.

O 22:22 byłem na dworcu w stolicy. 22:22, ktoś o mnie myślał, myślałem.

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *