Wandzia

Defenestrację zaplanowano na 20.48, bo szef nie lubił pełnych godzin. Kojarzyły mu się z nastawianiem budzika, by rano wstać do szkoły. Był jeszcze wyraźnie młodym człowiekiem. 

Okno umyłem osobiście. Nie chcieliśmy, by piękno ceremonii przesłoniły tłuste ślady czyichś dłoni. Szorowałem nieaktualnymi gazetami, żeby nie było zacieków, tak jak mnie uczyła mama. Aby wnieść w to nieco swojej inwencji, wybierałem tylko wydania świąteczne, raczej z opcji centrolewicowej. 

Ten ostatni bankiet prezydenta miał być początkiem końca starego porządku. Tego, w którym panował taki bałagan. Mieliśmy dobre intencje. Wszystkich nas wychowywały pedantki. 

Serię zamachów nasza organizacja przygotowywała skrupulatnie przez dwa lata. Ja tylko myłem szyby, czasem donosiłem prowiant. W pałacu zatrudniłem się jakiś czas przed wyznaczonym terminem. Nasłuchiwałem, notowałem w głowie aż do stępienia wewnętrznego ołówka, tak silne było we mnie przeczucie, że kiedyś może się to na coś przydać. 

Nie przydało się. Władza zmieniła się w mgnieniu oka i narobiła jeszcze większego zamętu. Zostawiła w tyle szeregowych żołnierzy. Ideały młodości to pierwsza rzecz w kolejce tych do zapominania, zaraz za nimi plasują się numery PESEL członków rodziny. 

Wtedy jednak wydawało się, że sytuacja wymaga natychmiastowej interwencji, im bardziej drastycznej i widowiskowej, tym lepiej. Za PR naszej grupy odpowiedzialna była Maria, kobieta z rodzaju tych, które w dzieciństwie, ubrane starannie w jasnoróżowe sukieneczki z falbankami, pastwią się w ukryciu nad kociętami, a winę skutecznie zwalają na młodszych braci. Mam do takich pecha. 

Nie protestowałem jednak, bo i tak nikt by mnie nie posłuchał. Nie mieliśmy zresztą zbyt wielu opcji. Nastroje społeczne radykalizowały się z dnia na dzień, co działało na naszą korzyść. Musieliśmy chwytać okazję, póki parzyła nam do krwi opuszki palców. 

Kryzys widoczny był już od kilku lat, ale dopiero kiedy parlament wprowadził limity na świeże powietrze, uderzył wszystkich jak niespodziewany policzek ze strony przyjaciela. Wydzielono specjalne strefy, do których powietrze sprowadzano z Norwegii i Szwajcarskich Alp. Wstęp mieli tylko bogacze, bo dzienna opłata klimatyczna równała się średniej krajowej. Biedota oraz ci, którzy jeszcze niedawno łudzili się przynależnością do klasy średniej, dalej wdychali smog. A ten po wprowadzeniu zapór atmosferycznych stał się jeszcze gęstszy. Niebo oblekło się w pomarańcz. Kaszel został nową muzyką sfer; był tak wszechobecny, że nikt już nie zwracał na niego uwagi. Lekarze nie wystawiali zwolnień, nie byłoby komu pracować. Drastycznie zmniejszyły się zbiory. Brakowało żywności. Umierały noworodki. Kolejne działania rządu przypominały paniczną krzątaninę muchy złapanej do szklanki. Ustawy i rozporządzenia pogarszały tylko sytuację większości, zamykając uprzywilejowanych w powietrznej bańce, która mogła pęknąć w każdej chwili. Tym bardziej, że demonstrujące tłumy próbowały od czasu do czasu szturmować zapory i nikt już nie pytał czy, ale kiedy wreszcie im się to uda. 

Prezydent Liszka tymczasem uśmiechał się i podpisywał. Oprócz tych rozlicznych ustaw swojego rządu w końcu także wyrok na siebie. Stało się to w momencie, kiedy beztrosko zasugerował, że skoro obywatelom śmierdzi powietrze, mogą przecież wąchać perfumy. Wówczas szef podjął decyzję. Przebrała się miarka, powiedział z poważną miną, bo z odmierzania akurat był dobry. Sam, jak się okazało, mierzył bardzo wysoko. Klamka zapadła, dodał jeszcze jego przydupas Wiesław, bo skończył zawodówkę ślusarską. W ten sposób rozpoczęliśmy przygotowania. 

To Wandzia namówiła mnie, żebym dołączył do RWT, czyli Ruchu Wyzwolenia Tlenu, skrajnej organizacji o skłonnościach terrorystycznych, której akronim interpretowano także jako Raczej Wdychajmy Tonami, co było odpowiedzią na propagandowy program rządu pod nazwą „Oddychaj odpowiedzialnie”. Zanim nasze państwo za grubą kasę zakupiło z bliskiego wschodu technologię zapór atmosferycznych, też wcale niemałą zainwestowało w akcję, która miała uczulić obywateli na ilość zużywanego tlenu. Przeprowadzono powszechne, przymusowe szkolenia, mające na celu optymalizację procesów respiracyjnych. Brzmiało to nieźle, ale oznaczało po prostu tyle, że mieliśmy oddychać mniej. 

– Nie mniej, lecz bardziej świadomie– pouczali eksperci w państwowej telewizji śniadaniowej, a ja ze złości krztusiłem się jajecznicą. Czego by nie mówili prawda była taka, że liczba przypadków astmy rosła w tempie, które mogło cieszyć jedynie właścicieli prywatnych klinik alergologicznych. 

*

– Musimy walczyć, tatusiu, do ostatniego tchu – mówiła Wandzia jak zwykle dwuznacznie, a co drugie jej słowo przerywał atak duszności. – Nikt za nas tego nie zrobi. 

Tego się właśnie obawiałem.

Ale kto mógłby się oprzeć tym dwunastoletnim rozgorączkowanym oczom, które przeszywały mnie w taki sposób, że niemal czułem igłę wychodząca od strony pleców? Kto z was? Niech zatem rzuca kamieniem, tylko nie w okno!

Wandzia urodziła się przedwcześnie, w trzydziestym tygodniu ciąży. Jak gdyby nigdy nic, trwały w najlepsze Święta Bożego Narodzenia, bo kalendarz, nawet ten najbardziej chrześcijański, nie ogląda się na pojedyncze ludzkie dramaty. Miała nie przeżyć, poród miał zabić matkę, ale obie wyszły z tego jak niepalący z zadymionego pokoju. Trzasnęły drzwiami tak, by świat mógł usłyszeć, że są i nie zamierzają się nigdzie ruszać. Podpięto ją do aparatów spod których ledwie mogłem ją zobaczyć. 

– Gdzie moje dziecko? – chciałem zapytać, kiedy pierwszy raz wszedłem na OIOM, ale bałem się usłyszeć, że przygniótł je czerwony kabelek do oddychania. 

Codziennie rano przychodziliśmy z Alicją do szpitala i zostawaliśmy do wieczora. Na korytarzu odwijaliśmy z papieru kanapki z żółtym serem, uważając, by nie przepędziła nas złośliwa oddziałowa. Karmienia odbywały się co trzy godziny, odciągnięte mleko przywoziliśmy w wyparzonych plastikowych butelkach. 

– Stan bez zmian – słyszeliśmy od lekarzy i było to najlepsze, czego mogliśmy oczekiwać. Oznaczało, że Wandzia walczy, pomimo nierozwiniętych płuc, mętnych wód płodowych i wszystkich przeciwności losu, które mogliśmy sobie wyobrazić i które się ziściły, bo w końcu czemu miałyby nie?

Na oddziale patologii noworodka, gdzie przeniesiono nas po dwóch tygodniach, aparaty monitorujące funkcje życiowe co chwilę wydawały alarmujące ryki. Zajęło nam trochę czasu, by uświadomić sobie, że nie oznaczały wcale rychłej śmierci pechowego niemowlaka, a jedynie jego niekontrolowany ruch, którym ściągał sobie z palca miniaturowy czujnik. Dopóki nie przywykliśmy, za każdym razem mieliśmy wrażenie, że umieramy i rodzimy się na nowo razem z nim. 

Wandzię wypisali po trzydziestu ośmiu dniach. 

– Nie dobiła do postnej czterdziestki – stwierdziła Alicja. – Nie musimy się chyba zatem obawiać męczeńskiej śmierci w wieku 33 lat. 

Zawsze miała kiepskie poczucie humoru. Przytrzymałem jej drzwi do windy, choć miałem wielką ochotę puścić je w momencie, gdy jej sfatygowane porodem ciało znajdowało się tuż nad progiem. 

Alicja była pierwszą kobietą, z którą poszedłem do łóżka. Gdyby nie Wandzia, mógłbym pewnie zaliczyć to doświadczenie do wciąż powiększającej się kolekcji moich kardynalnych błędów. Ale konsekwencja potrafi radykalnie zmienić znaczenie swojej przyczyny, tak jakby przeszłość dawała się przeinterpretowywać z każdym nowo zaistniałym faktem, choćby najbardziej odległym. Jak gdyby to nie sowa Minerwy wylatywała o zmierzchu, ale jakiś podniebny orszak króla Midasa, zdolny zmieniać błoto w złoto, choć na odwrót niestety też. 

I to biedna Alicja – o chichocie losu! – zmarła śmiercią nagłą i bolesną. Po niej przyszła Elżbieta. Trzymała Wandzi maskę od inhalatora w taki sposób, jakby miała się od tego zarazić trądem. Kiedy mała podrosła na tyle, by sama mogła ją ściskać swoimi chudymi palcami, Elżbieta włączała jej bajki i szła do drugiego pokoju, do swoich mało istotnych spraw. Zaaferowana Myszką Miki trzylatka odkładała bezwiednie maskę i traciła cenne opary sterydu. Zrozumiałem, że to się nie może udać. Elżbieta, Elizabeth, jak uwielbiała o sobie mówić, miała – kto by pomyślał? – bardzo słabe serce. 

Agnieszka wydawała się idealna. Dyplomowana pielęgniarka, doskonała kucharka, duże piersi i małe oczekiwania. Jednak Wandzia z jakiegoś powodu nie mogła jej zaakceptować. Kiedy pewnej deszczowej nocy zjawili się u nas dwaj smutni funkcjonariusze policji, ich wstępna hipoteza opierała się na założeniu, że nie zadziałały hamulce. 

`

Od tego czasu żyliśmy z Wandzią tylko we dwoje i gdyby nie jej napady duszności, kakofoniczna ścieżka dźwiękowa naszych poranków i wieczorów, mógłbym nawet powiedzieć, że byliśmy częścią czyjejś pisanej rozmazującym się atramentem sielanki. 

Taki stan tylko otępia. Przypomina pływanie na głupim jasiu wśród stada żarłaczy białych. 

Kiedy więc pytają, czy to ja go wypchnąłem, sumiennie szukam w sobie odpowiedzi, ale ona jakoś nie daje się odnaleźć. Pamiętam, że noc była olśniewająca. A taką od oślepiającej dzieli tylko kilka ledwie słyszalnych głosek. 

About the author

Katarzyna Pochmara-Balcer

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *