(tytuł roboczy TraUMa)

– To ta – szczupła, młoda kobieta wskazała samotną Bavarię. – Trzydziestka dwójka. Ostatnia w Nowej Pasłęce, być może nawet na całym polskim wybrzeżu. Nie zdążyłam przemalować nazwy. Ktoś zostawił mi ją przedwczoraj w porcie, jak podrzucone dziecko. Na legalu. Bierzecie?  

Dominik kiwnął głową. Odwrócił się w stronę Joanny, ale ona nie drgnęła. Siedziała na końcu pomostu, pochylona, bosymi stopami muskała brudnozieloną wodę.

– Papiery i kluczyki znajdziecie w kokpicie. Kamizelki pewnie też gdzieś tam są, ale od dawna nikt o to nie pyta. Poszukać?

– Nie trzeba. Dzięki – młody mężczyzna wrzucił na jacht worki z rzeczami. – A jak ją chciałaś przemalować, tę nazwę?

– Miałam zostawić tylko UM – uśmiechnęła się.

Uśmiechnęła się, ale zaraz uśmiech zgasiła i zbeształa się w głowie za nieupilnowanie odruchów. Jeżeli chce szybko pozbyć się łodzi musi udawać obojętność. Nie może też okazywać swojego do niej przywiązania, które w takim krótkim czasie zdążyło się urodzić.

Odwróciła pośpiesznie wzrok od wzroku mężczyzny i nie dając szansy na zadanie pytania, które sama nieostrożnie sprowokowała, powiedziała coś szybko o deszczu, który niechybnie zaraz spadnie, pożegnała się i zawróciła w stronę zabudowań.

– Jak Urząd Morski – zaśmiała się Joanna, wstając z pomostu i poprawiając pielęgnowane od wielu lat, długie blond włosy. – A my nie potrzebujemy mieć teraz jakiegokolwiek urzędu na głowie – dodała.

– Wczoraj nie mieliśmy nawet pojęcia, jak się go pozbyć, a dzisiaj mamy plan, mamy jacht i mamy głęboką wodę. Wszystko będzie dobrze, obiecałem przecież, przestań już złorzeczyć – uspokoił ją Dominik.

– Nienawidzę tego miejsca, tego pomostu i tych wszystkich straconych tu godzin – zamknęła temat.

– Jesteśmy tu ostatni raz – zapewniał Dominik – po tym wszystkim wyjeżdżamy stąd na zawsze. 

Nie wiedział ani kim jest Dominik, ani Joanna. Nie znał ich. Nie chciał poznać. Nie lubił ich, jak wszystkich innych wytworów swojej wyobraźni. Jego własne, lecz nie-osobiste koszmary przerażały go. Owszem, lubił przesiadywać odrobinę zbyt długo w toalecie, w kręgach swojskich zapachów, ale sny wywoływane drażnieniem precyzyjnie wyznaczonych części mózgu to było coś zupełnie innego. Najgorsze było to, że słyszał myśli ludzi, których śnił. Jakby widział ukryte. Gdyby nie to, że rozpaczliwie potrzebował pieniędzy, nigdy nie zgłosiłby się na to badanie.

Nie mógł sobie przypomnieć tej cholernej nazwy łajby. trUMna?

– Proszę się rozluźnić – powiedziała asystentka z nieszczerym uśmiechem. – To wróci.

– Dlaczego akurat jakaś wyśniona nazwa jest dla was tak istotna? – zapytał już nieco zirytowany.

Przez twarz kobiety przeszedł cień, jakby czaił się gdzieś z boku, przysłuchując rozmowie, i teraz właśnie nie wytrzymał napięcia.

– Poprawię elektrody – asystentka wyraźnie walczyła ze sobą. – Zresetujemy urządzenie i zaczniemy od początku.

Tego się nie spodziewał. Zaczął nabierać wątpliwości. Czy ci wszyscy ludzie w białych kitlach rzeczywiście są tu po to, by mu pomóc? A jednak nie był jeszcze gotów na to, by dopuścić do siebie te wszystkie myśli, które kłębiły się z tyłu głowy i tylko czekały na swój moment. Były zbyt przerażające, a on nie miał jeszcze wystarczających sił. Zgłosił się sam, potrzebował pieniędzy, na razie musi zostać przy tej wersji.

– Staniemy na dziko. W trzcinach nikt nie zobaczy Umy. – Dominik krzyczał w kierunku kobiety siedzącej na rufie. Zrzucając żagle zastanawiał się w jaki sposób pozbędzie się zwłok, gdy będzie już po wszystkim.
– Umy? – Joanna spytała od niechcenia, szacując jak długo spadałoby na dno bezwładne ciało.
– Łódka tak się nazywa. Łap. Zaraz cumujemy – mężczyzna rzucił w jej kierunku linę. Nawinęła na łokieć pętlę, sprawdzając wytrzymałość splotu. Mogłaby się przydać do skrępowania rąk i nóg, pomyślała.

Sznur, lina, linka, sznurek, nitka do kłębka. Nienawidzę tego, że w mojej głowie tak łatwo o te skojarzenia – pomyślał Dominik. –Przeskakuję ze snu na jawę bez snu. Mam nadzieję, że te elektrody tego nie sczytują. Chybotliwa łódka, krzesło chybotliwe z sufitu przewrócone. Myśli chybotliwe przychodzą do mnie na skargę i znowu nie mogę spać. Badanie zaburzeń snu nie odsłania traumy. Elektrody na kabelkach, sznurkach, linach, nitkach…

Obudził go rozrywający ból z tyłu głowy i ciepło spływające w dół policzka, do żuchwy. Szarpnął ścierpniętymi, związanymi linką dłońmi. Nie mógł się ruszyć. Jak w jakimś złym śnie. Nawet podrapać w swędzące jądra. Linka mocno wpijała mu się w ciało. Rozpoznał ich głosy. Stłumione przez zakurzony dywan, którym był owinięty. I poczuł jak krew przestaje mu tętnić. Jakby nawet krwinki wystraszyły się tego, co usłyszał.– W dywanie mogą być jakieś mikrowłókna, włosy, cholera wie… – powiedział on.–Woda to wypłucze – Ona miała zmęczony głos. Jakby wyprany z emocji. Równie dobrze mogłaby mówić o tym, żeby dodać soli do zupy…–Lepiej wrzucić nagie ciało. I trzeba mu wcześniej obciąć paznokcie. Zadrapał mnie, gnój jeden Pobiorą mu tkanki zza paznokci i będzie po ptakach.

–Nie patrz tak na mnie, nie będę obcinała paznokci trupowi – oburzyła się.

–Niech będzie.Sam to zrobię.Masz obcinaczki?

–Może jeszcze pilnik i lakier hybrydowy i suszarkę?

–Podaj siekierę. Obetnę mu palce i będzie po sprawie.Tak będzie nawet lepiej. Bez linii papilarnych nikt go nie rozpozna.

–To jeszcze zęby przydałoby mu się wybić.

Tego było za wiele. W nagłym przypływie siły uniósł się i zaczął biec. Z ciężkim dywanem, którym był owinięty, z linką zawiniętą dookoła kolan. Jak najdalej, jak najszybciej… Po dwóch krokach przewrócił się i runął na ziemię z głuchym jękiem. Poczuł na sobie ciężar. To on. Usiadł na nim i roześmiał jak dziecko. Radosny, szczerze rozbawiony.

– Widziałaś Aśka?!

– Mówiłeś, że jest martwy!

– Jak kurczakowi odetnie się głowę, też tak biega…

Uderzenie. Ciemność. Błogość.

– Nu, Nina! Ty widziała, jak oni uciekali? Ha! Ha! Ha! Nie dopłynut. Ona za chuda i cycków nie ma. Ale głaza ładne. Nu, szkoda. – Sternik wojskowego ścigacza sprawnie obracał jedną ręką koło sterowe, a drugą przesuwał manetkę. Zapiął skórzaną kaburę na pasie. Łódź mocno szarpnęła i oboje złapali za relingi. – Ruskij sznelbot, bljadź. – Na białych falach widać było dwie oddalające się kropki. Kobieta mocno przyciskała kolanami owinięte ciało.

– Swoją drogą, po co komu dywan na łodzi? – zapytała poważnie.

– Nu jak to? Żeby trupka schowaty. Ha! Ha! Ha! – Sternik naciągnął wełnianą czapkę z orzełkiem niżej na czoło.

– Dobrze, że płynęli blisko granicy, trzy kable dalej i nie podeszlibyśmy. Jakby się przebili przez przesmyk bałtyjski to już Gotland, ziemia bogów. – Nina odruchowo spojrzała na północ. – Saszka, podaj sprzęt. – Sternik posunął nogą w stronę kobiety dużą metalową skrzynkę.

– No synku, nie ruszaj się teraz, bo będzie bolało. – Nina ostrożnie rozwinęła dywan. – I tak będzie bolało. – Wyprostowała się i spojrzała na ciało. – Ależ on piękny. Mimo wszystko, to na pewno on. Nieprzytomny. Tym lepiej.

– Smatri! – Sternik pokazał brodą na drgające nogi Dominika. Nina szybko wbiła wenflon w żyłę na dłoni mężczyzny i podłączyła rurkę z płynem.

– Muszę się dostać do rdzenia. Zwolnij trochę, bo za bardzo buja. A to nasza ostatnia szansa.

– Bałtyk żygliwyj to i buja. Bljadź. – Łódź podskoczyła na krótkiej fali. Sternik złapał mocno koło dwiema rękami. – A ty widziała, że na tej ich łodzi to oni nazwę przemalowywali? A to nieudacza jest, Nina. To jak to po waszemu? To pech, da, to pech jest.

Dominik znieruchomiał, nie spał i nie dał po sobie pokazać, że wszystko słyszy. Słyszał ruskich, słyszał pielęgniarki, ale, co najważniejsze, zaczęła ogarniać go ta przedziwna myśl, że gdyby tylko chciał, mógłby zatracić się w którejś wizji. Nie odróżniał już rzeczywistości od tego, co dzieje się w jego głowie, ale świadomość ta przestawała się dla niego liczyć. Rosła w nim nowa siła, siła twórcza, czuł, że może zmieniać swoje wizje zgodnie z własną wolą. Natychmiast poczuł błogość i stan niemalże boskiej sprawczości. Wiedział, że od jego decyzji zależeć będzie to, co uzna za prawdziwe, oraz to, co wydarzy się dalej. Mógł nawet, mocą myśli, sterować zachowaniem ludzi. Tyle że sam jeszcze o tym nie wiedział. 

Wtedy usłyszał wołanie Joanny. Wiedział, że to ona, choć brzmiało ono bardziej jak odległy i przejmujący skrzek delfina niż znajomy głęboki głos. Zobaczył jej rozmazującą się twarz i falujące w wodzie włosy. Pomyślał z przerażeniem, że Joanna umiera i faktycznie dźwięki w głowie ucichły, a jej niewyraźna postać zaczęła opadać w dół. Pewność siebie, która jeszcze przed chwilą się w nim budowała, zniknęła zupełnie, a on zdołał tylko krzyknąć:

– Walcz! Płyń do mnie!

Kobieta posłusznie otworzyła zamknięte wcześniej oczy, bąbelki powędrowały z jej ust ku powierzchni, a ona pewnymi ruchami zaczęła posuwać się w jego kierunku. Skąd wiedział, że w jego kierunku? Skądś pochodziło to przekonanie, a on widział zbliżającą się coraz wyraźniej twarz Joanny, a z czasem coraz głośniejsze dźwięki, które wydawały się płynąć z jej gardła: „trrrrrrr, trrrrrrrrrrrr”. Dominika ogarnął niepokój.

            – Dwieście sześćdziesiąt cztery, pięćdziesiąt za dzień netto. Razy sześć. To daje razem…

            – 1587 trymów, tyle razem.

            – Ten grant nie był zbyt dobrze płatny, ale obiecuję, że następnym razem…

            – Teraz miało być następnym razem.

            – Cóż…

Wyszedł na korytarz. Otrząsnął się, podrapał w głowę. Znowu strupy będzie drapał tygodniami. Ale co tam… Najważniejsze, że blokadę założyli gratis. Żadnych cudzych snów, żadnych empatycznych głasków i miziań z nieznanymi połączeniami synaps, żadnego podglądania obcych myśli. Tylko własna żywa dusza. Znajomy korytarz kończył się za rogiem dużymi drzwiami. Znał każdy centymetr kwadratowy tego miejsca. Zakręt. Skrzypnęły drwi… Przed nim po horyzont szumiało wzburzone morze. O próg obijała się deska wyrwana z burty żaglówki.

 – Fuszerka – odwrócił głowę w głąb korytarza. – Cholerni partacze! – krzyknął.

Pochylił się, sięgnął po deskę.

– No tak… – pomyślał i mimo woli przeczytał na głos słowo, które nie pozwoliło się zetrzeć falom.

– …

Ból nie ustąpił nawet po dwóch tygodniach. Co gorsza, wizje tylko się nasiliły. Blokada, pomyślał z pogardą, o kant dupy potłuc te ich blokady.

Z czasem pojawiły się też dziwne odczucia zmysłowe, jakby węch i dotyk pozostawały w grze złudzeń, podczas gdy cała reszta wracała do rzeczywistości. O ile jeszcze dało się stwierdzić, co tę rzeczywistość stanowiło. Dziwny zapach stęchlizny, jakiejś glonowatej obślizgłości nie opuszczał go już nawet na chwilę. Miał wrażenie, że mieszkanie zaczyna podmakać, wyczuwał wilgoć w dywanach i zostawionych poza szafką butach. Nawet ubrania miały w sobie ten zaduch, jakby po powrocie z wakacji zamknął je w skrzyni na kłódkę i wyciągnął dopiero przed nowym sezonem.

Miarka przebrała się w miesiąc po operacji, kiedy w barze mlecznym spożywał właśnie leniwe z zasmażką. Coś utknęło mu między zębami, długo męczył się, by to wyjąć, nie wzbudzając obrzydzenia u pozostałych gości. Kiedy mu się w końcu udało, zaklął bezwiednie. Rybia łuska mieniła się wszystkimi kolorami, które popołudniowe słońce było w stanie z siebie wycisnąć. Dość tego, pomyślał, bo wbrew pozorom wszystko miało swoje granice.

– …Występuje częściej u osób, których matki przechodziły infekcje wirusowe w drugim trymestrze ciąży… Oraz u osób u których w okresie okołoporodowym doszło do urazu struktur hipokampa, kory mózgu oraz jąder…

Profesor przerwał, spoglądając znad okularów na wchodzącą do sali młodą kobietę.

Poczuł jak w przeciągu marzną mu pośladki. Krzesło było niewygodne, metalowe, a fartuch który mu dali pił pod pachami i odkrywał plecy. Zastanawiał się, czy stojące za nim doktorantki widzą pryszcze na jego tyłku. Słyszał za sobą ich rozbawione szepty. Jak wtedy, gdy w szkolnej stołówce usiadł na kompocie rozlanym na krześle. Wiadomo, jak to wyglądało. Szedł korytarzem do klasy, słysząc za sobą rozbawione, dziewczęce szepty. Jak paznokieć sunący po szkolnej tablicy, albo widelec drapiący talerz.

Spróbował zasłonić wystający fragment swojego ciała fragmentem przyciasnego fartucha i wtedy ją zobaczył… Joanna…

 – Pacjent doznał urazu mechanicznego w trakcie porodu ulicznego. Poród nastąpił przedwcześnie, w 35. tygodniu ciąży, dziecko wypadało na twarde podłoże. Rozpoznano u noworodka objawy zwiększonego ciśnienia wewnątrzczaszkowego  ze spadkiem ciśnienia tętniczego i zaburzeniami oddechu. Na podstawie TK głowy dziecko zakwalifikowano do kraniotomii, wykonanej w dniu przyjęcia… Uszkodzenie hipokampu, na podstawie którego mężczyzna został przyjęty do programu blokady, mogło być wynikiem urazu okołoporodowego.– Kim Pan jest?- zapytała cicho Joanna. Dominik przemówił pierwszy i zapewne ostatni raz w swoim życiu.
 – Jestem doświadczalnym bohomazem na tablicy uczonych tego świata. Nikt nie wie co tak naprawdę mi dolega i dlaczego. Jestem wyrzutem sumienia matki, która zamiast jechać do szpitala, zbagatelizowała znaki przedwczesnego porodu. U ojca wzbudzam poczucie wstydu, że nie mieszczę się w skali normalności w zaakceptowanym przez społeczeństwo wykresie. Jestem dziwolągiem dla mężczyzn. Dla kobiet jestem szarą plamą na białym prześcieradle ich życia, którą trzeba natychmiast wywabić. Jestem zbiorem nieprzepracowanych emocji ludzkich. Gąbką, która od dnia narodzin nasiąka brudną wodą z poczucia winy, upokorzenia, wstydu, obrzydzenia, lęku, wstrętu do siebie, nienawiści, złości, odrazy. Zbieram cały syf świata. kumulując go w każdej komórce swojego ciała. Widzę koszmarne obrazy ich myśli, czuję ich podłość, knucie. Patrzą na mnie, odwracając oczy z odrazą lub z głupkowatym uśmiechem. Większość nie ma pojęcia, że widzi we mnie swój cień.

Podali mi zastrzyk. Nie wiem jaki, ale słyszę teraz profesora zwracającego się bezpośrednio do mnie:– Proszę się skupić i postarać dopuścić Urząd Morski do wkroczenia

Skąd on wie? Czy on wie o mich wizjach?

– Zaufał mi pan, opowiadając o tym co się dzieje w pana głowie, zróbmy z tego użytek. Nie musi się pan krytykować i obwiniać za to wszystko. Proszę pozwolić aby ta wizja dobiegła końca, dopełniła się.

Wiedziałem, co do mnie mówi, miało to duży sens. Niczego nie pragnąłem bardziej, niż żeby to się nareszcie skończyło. Chciałbym mieć kawałek normalności.

– Proszę pana? Proszę się skupić na swojej wizji. Musimy doprowadzić to do końca. Dopłynąć do brzegu.

Ale ja nie wiem jak to się kończy. Nagle w przyspieszonym tempie przebiegły mi przed oczyma obrazy: interwencja Straży Przygranicznej na Bałtyku w porozumieniu z Urzędem Morskim, próba ucieczki, aresztowania, udaremnienie zabójstwa, spojrzenia pełne litości, gratulacje, szczere uśmiechy, karetka, szpital, lekarze. I znowu głos ale tym razem:

– Proszę pana, proszę się ocknąć. Udało się. Wszystko poszło zgodnie z planem. Zabieg się udał. Będzie pan mógł teraz normalnie funkcjonować. Wszystkie parametry w normie. Słyszy mnie pan? Udało się.

Dotarło do mnie. Przypomniałem sobie skąd miałem te wizje. Dlaczego je miałem. To chyba znaczy, że zabieg naprawdę się udał. Wiem dlaczego i od kiedy. Wszystko zaczęło się kiedy ona umarła, utonęła przeze mnie i nie miałem już nic oprócz samotności i poczucia winy.

Krzyk pielęgniarki: tętno słabnie, panie profesorze, tracimy go.

Dźwięk maszyny i płaska linia na monitorze były oczywiste. Koniec wizji, koniec traumy.

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *