O Weroniki potężnym uścisku

Czyta Małgorzata Cytrowska, aktorka Teatru Bez Przesady, link: https://www.facebook.com/Teatr-Bez-Przesady-101005001404319

Neonowo różowy stanik był jeszcze wilgotny, kiedy przekładała go przez głowę. Wilgotny materiał stawiał opór – nie pozwalał naciągnąć się na nieduże zmęczone piersi. Była tak niewyspana, że ta przeciwność losu, jeżeli można mieszać los w tak drobną sprawę, wywołała u niej łzy złości i bezradności. Przysiadła na łóżku i pozwoliła urodzić się trzem łzom, które kolejno spłynęły po prawym, lewym i znów lewym policzku.

Kiedy stanik niemałym wysiłkiem uścisnął wreszcie klatkę piersiową, włożyła bieliznę termiczną, zawiązała buty, zarzuciła na siebie wiatrówkę, na uszy wciągnęła czapkę, przeskakując z nogi na nogę, sięgnęła po rękawiczki i w tych rytmicznych podskokach wyszła na ciemny mróz zimowego poranka.

Biegła poboczem drogi i nie myślała o dziecku, które w nocy siedem razy zafajdało pieluchę, o jego napiętym brzuszku i nieustępliwym płaczu, o tym, że po wylaniu z siebie tego morza gówna usnęło w końcu nad ranem zmęczone, ale ona już usnąć nie mogła. Nie myślała o mężu, który współtowarzyszył jej w tej bezsennej nocy i który w ogóle towarzyszył jej zawsze, cierpliwszy od niej, spokojniejszy, a nawet – uśmiechnięty.

O czym w takim razie myślała Weronika?

Kiedy rozgrzała już ciało i poczuła zwiększone siły, zaczęła biec szybciej. Po dwudziestu pięciu minutach dobiegła wielkiego dębu, objęła ramionami pomarszczony pień, oparła o niego głowę, podrapała czoło jego chropowatościami. Ten akt czułości, który Weronika z trudem odbywała ze swoim dwuletnim berbeciem, i który przyjmowała od męża z podobną dębowi szorstkością, trwał zaledwie dziesięć sekund, ale dla młodej matki był prawdziwym odpoczynkiem, dziesięcioma chwilami wytchnienia, które niosło ją w powrotną zasapaną drogę.

Wpadła do domu z zaczerwienionymi policzkami, mąż pił w fotelu kawę, dziecko wciąż dzięki Bogu spało, jeżeli można mieszać w to Boga.

Z zaczerwienionymi policzkami. Ależ była piękna.

Uwag o swojej urodzie nie lubiła, mąż nauczył się zachowywać je dla siebie.

Wszystko zorganizował doskonale: teściowa przyjedzie zająć się dzieckiem, które przecież już czuje się zupełnie dobrze, skoro tak słodko śpi, a oni nie muszą zmieniać planów – jadą na saunę nad jezioro. Weronika z ulgą przyjęła tę informację, ale kurtuazyjnie zaoponowała.

Dalsze godziny pokazały jednak, że dziecko istotnie czuje się lepiej. Kiedy do domu wpadła teściowa, od razu przechwyciła bobasa, a jej dała rozkaz zdrzemnąć się przed wyjazdem. Weronika wskoczyła pod lekką kołdrę, odwróciła się do ściany. Zatęskniła za naporem babcinego koca, pod który kładła się jako dziewczynka.

Po pierwszej piętnastominutowej sesji w saunie, czuła już rozluźniające się mięśnie, głębokość oddechu, parzące dłoń włosy. Ciało stawało się wilgotne, a jakakolwiek rozmowa, na szczęście, zbyt męcząca. Mąż wyszedł wcześniej, ona wyszła dopiera, gdy poczuła, że zaraz straci przytomność i poszła schłodzić się w jeziorze. Weronika wykonała pięć lodowatych kroków po schodkach drabinki i w końcu skoczyła do wody. Chłód uścisnął całe jej ciało, sparaliżował nogi, później ramiona, wstrzymał oddech i serce, a Weronika bardzo powoli liczyła do dziesięciu.

About the author

Ola Fudalej

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *