Ichtys i inne stworzenia (fragment)

Zdejmujesz sweter zasłonięte żaluzje, a wiesz ciemno już dawno za oknem, ledwo słońce wzejść zdążyło. Ręce masz w górze, mewę raz widziałam, leżała, skrzydła miała złamane. Głowę w swetrze zgubiłeś, kiedy w morzu się kąpałeś to ona posuwała się po wierzchu samotna, od ciała oddzielona. Wstrzymuję oddech, twarz się z szaroniebieskich splotów wynurzyła, przy gołej żarówce jak przy ogniu się rozgrzewasz. Pióra powoli wokół niej spadały, ostatnie chwile zawsze dużo wolniej płyną, wieczny czuję w sobie spokój, gdy w pustym pokoju patrzę na twoje odsłonięte żebra, jak skrzela, widzę, że się rozszerzają. A ja ptakowi tylko śmierć mogłam ofiarować, ty wiesz jaka ona potrafi być czuła. Myślę: tam się może jeszcze wyżej lata, może tam pokoje gołych ścian nie mają, a z sufitu złote zwisają żyrandole. Zbliżam rękę do twojego boku, palcami przesuwam po kości wypukłościach i budzi się coś we mnie: szpik bym z nich chętnie wyssała, zęby bym w twoim ciele zanurzyła i do szkieletu całe rozszarpała. Czy czytasz w moich oczach do zguby pożądanie, czy namiętność z umieraniem ci się nie zespala; boisz się może, że z martwych na powrót do cierpienia się wstaje.  

Odkup mnie Panie z ponurej mojej twarzy, odkup mnie z posępności serca, bo na braci moich łypię złowieszczo, bo śmierć moich braci śni mi się po nocach, ich krew umysł mi zalewa, ich ranami mi fantazja pulsuje.

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *