Na skwerze

W pewnym mieście z piasku, ni to małym, ni to dużym, ni to ładnym, ni to brzydkim, takim w sam raz, latem o poranku, na skwerze, pojawiły się dwa hipopotamy, jeden duży, drugi mały. Nigdy wcześniej ich tam nie było, bo ani klimat ani środowisko nie sprzyjały hipopotamowatym. Kiedy tego ranka pan Wiesiek, dozorca z domu nieopodal, wyszedł zamieść chodnik przed domem, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Hipopotamy? W jego mieście? Wydawało mu się, że wszystko już widział na tym skwerze. 

– Lenko! Lenko! Chodź, zobacz! – krzyknął dozorca w stronę otwartego okna na parterze domu.

Z okna wyjrzała mała biała głowa. Lenka przecierała oczy z niewyspania i ze zdziwienia. Zniknęła nagle z okna i chwilę potem pojawiła się w piżamie, na bosaka obok taty.

– Tatusiu, co one tutaj robią? Jak się tu dostały? Może się zgubiły? – podeszła do zwierząt stojących w fontannie i pogłaskała ich nagrzane porannym słońcem, metalowe pyski. Nie były to zwykłe hipopotamy z grubą skórą i wielkimi zębiskami, tarzające się w błocie. Te hipopotamy były całe z metalu, uśmiechały się i stały nieruchomo, zanurzone po kolana w miejskiej fontannie. 

Pan Wiesiek wzruszył ramionami, pokiwał głową i burknął coś niezrozumiałego pod nosem.

Lenka przez cały dzień obserwowała metalowe zwierzęta. Nikt się do nich nie przyznawał. Ludzie przystawali, patrzyli, głaskali i opryskiwali wodą. 

Późnym wieczorem, kiedy gwar miejskiego życia ucichł na skwerze, a świerszcze z pobliskiego parku nadawały ostatni koncert, Lenka wyszła po cichu z domu, żeby przyjrzeć się jeszcze raz gościom. Ledwo wyszła z klatki, a jej uszu dobiegła rozmowa.

– Mamciu, czy myślisz, że długo tu postoimy? Trochę mi już ścierpły nogi. I poszłabym na soczystą trawę. Tam, gdzie te świerszcze. Głodna jestem.

– Wiesz przecież! Zawsze jest tak samo. Postoimy tu, jak zwykle, dopóki nasze metalowe serca nie zabiją.

– Ale czy oni będą umieli to zrobić? 

– To się okaże Hippinko, to się okaże. 

I większy hipopotam, czyli Mamcia, zaczął śpiewać: 

Troje dobrych nam potrzeba 

I nie mogą zlecieć z nieba

Troje dobrych dzieci stąd 

By popłynął w sercu prąd

One wzruszą serce me

One wzruszą serce twe

Kiedy Lenka zbliżyła się do metalowych zwierząt, wyglądały jak zamurowane. Była pewna, że słyszała ich rozmowę i śpiew hipopotamiej mamy. Obejrzała je z każdej strony. Nic. Nie poruszyły się nawet o milimetr. 

Wróciła do domu i poszła spać. Przed snem postanowiła co wieczór sprawdzać co się dzieje u hipopotamów. 

Następnego dnia rano Lenka zaraz po śniadaniu pobiegła do fontanny. Nic się nie zmieniło. Dzień był gorący, przyjemnie było zamoczyć ręce w zimnej, opadającej kaskadą wodzie. Czekała na tatę. Obiecał jej lody w pobliskiej lodziarni pani Moniki. Lenka najbardziej lubiła pietruszkowo-cytrynowe. Kiedy Lenka siedziała wpatrzona w spływającą wodę, usłyszała za sobą głos taty.

– Chodź, mam chwilę przerwy, pójdziemy na lody. W wafelku czy w kubku?

– Dla mnie w wafelku truskawkowym i wiesz jakie.

– Wiem, wiem – uśmiechnął się tata i podbiegli do lodziarni w oknie kamienicy. Przy stoliku na chodniku siedział Kuba, chłopiec z sąsiedniej klatki. Był młodszy od Lenki. Pewnie lizał właśnie kulkę jagodową, jedną z trzech w wafelku, i całą buzię miał umorusaną ciemnofioletową mazią, a i niemało jej skapało do tej pory na koszulkę. Ulicą przejeżdżała właśnie dziewczyna na rowerze. Nie zauważyła dziury w jezdni i przewróciła się. Kuba podbiegł do niej i nachylił się, aby jej pomóc wstać i wtedy …. kulki z wafelka Kuby upadły na twarz leżącej rowerzystki. 

– Spadaj mały. I co zrobiłeś? Widzisz? Zostaw mnie. Spadaj, mówię. – Kuba chwilę stał, patrzył to na lody to na dziewczynę, w końcu odwrócił się i poszedł ze łzami w oczach do domu. Po chwili z okien mieszkania Kuby dobiegły krzyki jego babci. Krzyczała coś o koszulce i praniu. A dziewczyna z rowerem wytarła twarz rękawem i pojechała dalej.

–  Lenka, masz tu swoje lody. Wracaj do domu sama. Ja muszę jeszcze iść do biura spółdzielni. – Pan Wiesiek podał lody córce i zniknął za rogiem kamienicy. 

Kiedy wieczorem Lenka wychodziła z klatki, aby sprawdzić czy hipopotamy nadal są na skwerze, znowu usłyszała rozmowę.

– Oj, nieprędko nam serca zabiją, Mamciu, nieprędko. Widziałaś tę dziewczynę na rowerze?

– Tak, ale widziałam też tego chłopca z lodami. Kiedy podszedł do niej, poczułam jak rożek mojego serca mięknie. 

– Jeśli oni wszyscy tu tacy jak ta dziewczyna, to ja padnę z głodu zanim nam serca zabiją. 

– Nie mów hop, Hippinko – zaśmiała się większa hipopotamica i znowu zaśpiewała: 

Troje dobrych nam potrzeba 

I nie mogą zlecieć z nieba

Troje dobrych dzieci stąd 

By popłynął w sercu prąd

One wzruszą serce me

One wzruszą serce twe

Rano, po przebudzeniu, Lenka wyrzuciła ze swojej szafy wszystkie koszulki. Wybrała te, które mogły pasować na chłopca i włożyła je do pudełka po butach. Obłożyła pudełko papierem i przewiązała sznurkiem. Na pudełku napisała: „Dla Kuby, można plamić lodami! pozdrawia Hippinka.” Podrzuciła pudełko pod drzwi mieszkania Kuby i jego babci, w sąsiedniej kamienicy.

Tego dnia przy fontannie Kuba usiadł obok Lenki. 

– Czy znasz jakąś Hippinkę?

– Yy, nie, no nie.

– Ale to raczej dziewczyna nie chłopiec?

– Nie wiem, a co?

– Nic – odpowiedział Kuba.

Na dworze pomimo wczesnej pory było gorąco. Dzieci siedziały przy fontannie. Zimne krople wody skapywały im na czoła i przyjemnie chłodziły. Na skwer przyjechało trzech chłopców na hulajnogach z sąsiedniego osiedla. Szli pewnie do skateparku nieopodal. Zatrzymali się i jeden z nich, ten największy, pchnął kolegę i powiedział:

– Sasza, dajesz mi swoją hulajnogę.

– Ej, no szto ty, Dominik. Masz swoju. 

– Ale twoja jest lepsza i nowsza. Dawaj! Dzisiaj pojeździsz na mojej.

– Niet. Eta maja. – Sasza mocno przytrzymywał hulajnogę. Dominik szarpnął za kierownicę. 

– Filip, pomóż. – Dominik odezwał się do trzeciego z chłopców. – Dzisiaj pojeździmy na jego hulajnodze – i wskazał hulajnogę Saszy.

Filip podszedł bliżej kolegów. Złapał za rączki hulajnogi i powiedział:

– Eeee, nie, nie chcę jego hulajnogi. Niech sobie na niej jeździ. A ty masz swoją. 

Dominik zacisnął zęby, podniósł rękę, i pchnął Filipa, a potem odwrócił się i pojechał w stronę skateparku sam, głośno klekocząc po płytach chodnika swoją starą hulajnogą.

W wieczornej rozmowie hipopotamów, Lenka usłyszała wesoły głos Hippinki.

– Mamciuuuu, widziałaś dzisiaj?

– Widziałam – śpiewnie odpowiedziała starsza hipopotamica.

– Oj i jak się moje serce dziś poruszyło. Poczułam mocno. Może ta trawa jest bliżej niż myślałam – westchnęła Hippinka.

– Może tak, może nie. Ale mamy już dwóch. Jeszcze tylko jeden – powiedziała Mamcia i zaśpiewała:

Troje dobrych nam potrzeba 

I nie mogą zlecieć z nieba

Troje dobrych dzieci stąd 

By popłynął w sercu prąd

One wzruszą serce me

One wzruszą serce twe

Lenka słuchała śpiewu Mamci, wtórujących jemu świerszczy i wpatrywała się w gwieździste niebo nad miastem. A jej powieki robiły się coraz cięższe. Zasnęła na ławce przy fontannie. Pan Wiesiek znalazł córkę na dworze kiedy wracał z drugiej zmiany. Wziął ją na swoje długie, duże ręce i przeniósł do domu. 

Kiedy rano Lenka otworzyła oczy, usłyszała hałasy na skwerze. Wyjrzała przez okno i zobaczyła tam wielu ludzi. Przed fontanną kilku panów ustawiało scenę, inni przenosili ławki i rozkładali stragany. Przy skwerze parkowały samochody i krzątali się sprzedawcy, wyładowywali towary. 

– Tatusiu, co oni tam robią? – krzyknęła w stronę łóżka taty.

– Dzisiaj kiermasz. Pewnie przyjechali handlarze. Ma być też jakiś koncert. W spółdzielni pani Lusia powiedziała, że będzie trzysta osób. Oj będzie po nich sprzątania.

– Jak się cieszę, tak lubię kiermasze. I pewnie będzie moja ulubiona lemoniada. Dasz mi piątkę, tatusiu?

– Weź jedną z kryształowej kuli, ale jedną!

Lenka ubrała się szybko. Wzięła piątkę z kryształu, z kuchni suchą bułkę i pomidora i wybiegła na skwer. Najpierw do fontanny. Pogłaskała metalowy pysk Hippinki i jej Mamci.

– Już niedługo wasze serca zabiją. Dziś wielki dzień. Na skwerze będzie kiermasz. Nie jeden dobry się tu dziś zjawi. W końcu zjesz Hippinko świeżą trawę. Hipopotamy nie odpowiedziały. 

Lenka cały ranek przyglądała się jak na skwerze krzątają się ludzie, coś pokrzykują, poklepują się po plecach, ściskają na powitanie ręce, pokazują towary. Niektórzy kończą jeszcze wyrabiać obrusy, kolczyki i kanapki ze smalcem. Na rogu kamienicy ustawiły się trzy dziewczynki z wielkim baniakiem lemoniady. Najstarsza z nich napisała na kartoniku cenę: „pięć zł” i rozlała lemoniadę do trzech kubków dla swoich towarzyszek i dla siebie. Pocmokały głośno, stwierdziły, że za kwaśna i dosypały jeszcze dwie łyżki cukru trzcinowego do baniaka.  

– Poproszę jeden kubek lemoniady. – Lence aż ślinka ciekła na myśl o kwaskowatym napoju. Położyła piątkę na stoliku i stała przy dziewczynach popijając teraz z nimi. – A wiecie może kto będzie dzisiaj grał?

– Podobno jakiś zespół bębniarzy. Podobno z Afryki. – Odpowiedziała średnia dziewczyna i w powietrzu uderzyła rękoma jakby grała na perkusji.

W ciągu dnia zjeżdżali na skwer ludzie z okolicy. Mieszkańcy miasta schodzili się leniwie całymi rodzinami. 

Po południu ludzie z kiermaszu zebrali się przed sceną. Poza bębnami na scenie, muzycy ustawili również bębny przy ławkach dla widowni. Usiadły na nich głównie dzieci. Wśród nich, w pierwszym rzędzie, siedzieli Lenka, Kuba w koszulce z napisem girl power, Sasza z hulajnogą i Filip. Zespół pokazywał jak uderzać w bębny. Jeden z muzyków w kolorowej wełnianej czapce i długich dreadach tłumaczył, że afrykańskie melodie często odzwierciedlają bicie serca. I uderzył dwa razy po dwa bicia. Dzieci powtórzyły. Dalej z prawej strony sceny stał Dominik, ten od hulajnogi. Nie było dla niego bębna. Niedaleko Dominika, na ławce, z bębnem przed sobą, siedziała dziewczyna, ta rowerzystka sprzed lodziarni. Przesunęła się i pokazała Dominikowi wzrokiem, żeby usiadł obok niej. Usiadł, uderzył w bęben i … do późnego wieczora grali na nim razem.  

Kiedy na niebie pojawiły się gwiazdy, zmęczona całym pełnym wrażeń dniem Lenka poszła posłuchać rozmowy hipopotamów. Jednak w fontannie ich nie było. 

– Gdzie wyście się podziały? – powiedziała sama do siebie. Usłyszała świerszcze. Poszła w stronę parku. Tam na młodej trawie, przy rzece stała Hippinka i jej Mamcia. Jadły trawę i rozmawiały ze sobą.

– A widzisz mówiłam ci, że zawsze jest tak samo. To tylko kwestia czasu. Ludzie z natury mają w sobie dużo dobroci. Nie zawsze tylko potrafią ją okazać. Warto było dać im znowu szansę. Czujesz, jak ci serce bije?

– Czuję!

– Miło tu, i trawa taka soczysta. Jeszcze tu trochę pobędziemy. Co ty na to, Hippinko?

– Tak, Mamciu. Jeszcze tu trochę pobędziemy.

I Mamcia przestała na chwilę mlaskać i zaśpiewała:  

Troje dobrych nam potrzeba 

I nie mogą zlecieć z nieba

Troje dobrych dzieci stąd 

By popłynął w sercu prąd

One wzruszą serce me 

One wzruszą serce twe

2 grudnia 2020 roku 

Lidia Iwanowska – Szymańska 

About the author

Lidia Iwanowska-Szymańska

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *