Skub dzień

Od kiedy pamiętam, na placu przed ratuszem Miasta z piasku, leży lwica z małym. Lwia matka jest chyba największą lwicą, jaka kiedykolwiek chodziła po Ziemi. Wtulona w nią młoda lwica o imieniu Eliza jest również wyjątkowa. Eliza ma troje oczu, dwoje na pysku z przodu, a jedno na głowie z tyłu. Podobno kiedyś, dawno temu, mieszkańcy Miasta z piasku nie widywali małej. Chowała się przed nimi w gęstym futrze matki, a oczy na pysku zakrywała łapami. Pewnego zimowego dnia wydarzyło się coś, co odmieniło Elizę na zawsze.

***

– Elizo! Popatrz, jaki śnieg. Śnieżynki tańczą w powietrzu. Wystaw język i spróbuj. O! Smakują jak lody. – Zachęcała tego dnia córkę mama.

– Jestem zmęczona. – Stłumiony głos Elizy wydobywał się spod brzucha matki. – Pamiętasz jak się przeziębiłam? To było zaraz po tym, jak się nałykałam śnieżynek. Lody w ogóle nie są zdrowe. Można się od nich nabawić anginy. I mają dużo cukru.

– No to w co się pobawimy? – Zapytała matka. – Może pobiegamy z dziećmi na placu? Porzucamy z nimi śnieżkami! O! Spójrz, zaraz któreś przewróci choinkę! – Eliza wystawiła głowę. Odsłoniła pysk i wielkimi przednimi oczyma patrzyła na plac. Dzieci bawiły się śniegiem. Choinka stała nieruchomo, a na niej migotały światełka. Eliza nie zwróciła na nie uwagi. Zasłaniała pysk łapami i głośno wzdychała.

Rozmowie lwic przysłuchiwał się zimnolubny czarny pająk Dżonk. Przechodził przez Miasto z piasku idąc do kruka Mruka, największego mędrca w okolicy. Właśnie nadarzała się okazja na szybszy transport. Wystarczyło przekonać Elizę, że i jej potrzebne będzie spotkanie z krukiem. Dżonk zbliżył się ostrożnie do młodej lwicy. Nie chciał jej wystraszyć. Szedł niezdarnie, gdyż jak zawsze miał na sobie długą spódnicę po swojej ukochanej babci Karen. Spódnica plątała się między sześcioma parami odnóży. 

– Hej, Elizka! – Odważnie się przywitał, kiedy znalazł się na wysokości lwiego pyska. – Co jest?

Eliza na chwilę odsłoniła oczy i gdy tylko dostrzegła Dżonka, ze zdziwioną miną, cicho odpowiedziała: 

– Nie patrz na mnie i nie rozmawiaj ze mną. Ja się teraz zajmuję własnymi myślami. – Lwica trzecim okiem wwiercała się w horyzont za sobą. 

– Ej, czy ty nie za dużo rozmyślasz? I czego ty się boisz, co? Lwica, w takim mieście! Królowo! Ty wiesz, co? Ty musisz poznać kruka Mruka! 

Eliza wyjrzała jednym przednim okiem spomiędzy wielkich łap.

– A po co?

– Kruk Mruk jest najmądrzejszy na świecie. On mieszka w lesie, przy stawach. Wybieram się do niego po radę. Bo widzisz, ekhm, nie wiem co zrobić. Ciągle się przewracam, co, nie? Nie mogę podbiec, ani szybko maszerować. To pewnie przez moją spódnicę? Ale ja nie chcę jej zdejmować, bo to spódnica po mojej ukochanej babci Karen. Nie raz uratowała mnie w chłodne dni. Jestem pająkiem wędrującym i nie mogę jej po prostu gdzieś zostawić, co, nie? No więc wybieram się do kruka Mruka, który mieszka niedaleko, nad stawem za lasem. Może pójdziesz ze mną, a właściwie to ja bym się chętnie przetransportował na tobie. To chyba fair, co, nie? – Zapytał Dżonk.

– A po co mi jego rada? Zresztą, ja nie ma czasu. Zostaw mnie. Ja mam strasznie dużo spraw do przemyślenia. Na przykład jak iść chodnikiem, żeby się nie przewrócić. Co powiedzieć, kiedy głośno puszczę bąka? Albo jak przegonić srokę, żeby się nie obraziła? No i takie tam.

Czarny pająk Dżonk spojrzał ośmioma oczyma na Elizę i wykrzyknął:

– Elizka, to ty tym bardziej musisz iść do kruka Mruka! 

Mama lwica przysłuchiwała się rozmowie i delikatnie wypchnęła spod siebie Elizę. 

– No dobrze, pójdę. Ale tylko po to, żeby cię tam zanieść. – Młoda lwica spojrzała na matkę, która się lekko uśmiechnęła.-  Z żadnym krukiem Mrukiem nie zamierzam gadać. 

Ruszyli w stronę lasu. Eliza często zatrzymywała się po drodze, aby zasłonić przednie oczy i spojrzeć tylnym okiem w przeszłość lub w przyszłość. Dżonk, siedzący na grzbiecie lwicy, rozglądał się wokoło miętosząc odnóżami starą spódnicę babci Karen. Padał śnieg. Wszystko dookoła było białe. Wyszli z Miasta z piasku i dotarli do lasu. Zwierzęta w lesie rzadko widywały lwicę, dlatego niepewne jej zamiarów nie zbliżały się do niej. Pająk Dżonk nie zważał na nikogo. Śpiewał piosenki, jakich nauczyła go babcia. W pewnym momencie Eliza wyczuła zwierzę, które bało się bardziej od pozostałych. 

– Czy ty też to czujesz? – Eliza zapytała Dżonka.

– Czy ja czuję? Whoa! I feel good, I knew that I would now… – sam Dżonk czuł się świetnie.  

– Ktoś idzie za nami. Ukrywa się. – Powiedziała szeptem Eliza.

Dżonk wytężył cztery pary oczu. Na sośnie, na białej czapie śniegu zauważył różowe futerko.  

– E, wyłaź. Co tak za nami łazisz? – Wykrzyknął.

Z sosny zeskoczył na drogę ryś.

– Podobno idziecie do kruka Mruka. Jestem ryś Jeryś. Mogę iść z wami? – Zapytał ryś w różowym futerku.

– Dla jasności, ja nie idę do kruka Mruka. Ja tylko transportuję. – Odezwała się Eliza.- Las to miejsce dla wszystkich. Chcesz, to chodź. Tylko wiesz, Dżonk idzie tam po jakąś radę. A ty? Po co?

– Ja, ja, ja, ja – zawstydzony ryś nie mógł się wysłowić – no nie widzisz, że jestem różowy? Wszystkie rysie są szarobure, w małe cętki. A ja jestem cały różowy. Stara rysica powiedziała, że nikt się nie będzie ze mną bawić. 

– Chodź z nami. – Powiedział Dżonk – Lwica Eliza ciągle się zamartwia. I tylko łypie tym swoim trzecim ślepiem w przyszłość albo w przeszłość. Ja chcę się dowiedzieć co zrobić, żeby zostać w spódnicy i nie mieć spódnicy. Może i na to twoje różowe futerko będzie jakaś rada?

Dalej poszli we troje. Lwica Eliza, pająk Dżonk i ryś Jeryś. Po drodze pająk śpiewał, lwica zatrzymywała się, żeby popatrzeć wstecz, a ryś biegał na boki w poszukiwaniu kamuflażu.

Kiedy dotarli do stawu, pod starą, dziką jabłonią przechadzał się po pieńku kruk Mruk. Obok niego stały różne zwierzęta. Każde inne i każde z jakimś swoim kłopotem. Jabłoń wyglądała jak duża biblioteka. Na gałęziach, na sznurkach obok jabłek wisiały książki. Kruk po wysłuchaniu zwierzęcia podfruwał do książek, przewracał kartkami i wracał z radą. Mruk był młody. Bibliotekę odziedziczył po swoim dziadku, który niegdyś wspierał zwierzęta dobrą radą. 

W końcu przyszła kolej na pająka. Mruk nie zadawał pytań. Czekał. 

– Eeee, witaj kruku Mruku. – Niepewnie zaczął pająk. – Przyszliśmy tu do ciebie, to znaczy ja, to znaczy przyszliśmy tu, co to ja chciałem? A! No, właśnie. Przyszliśmy tu, ja Dżonk, lwica Eliza i ryś Jeryś po radę, co nie?

Mruk nie odpowiedział. Czekał dalej.

– No więc, ja mam taki kłopot. – Dżonk opowiedział o plączącej się między jego odnóżami spódnicy babci Karen. – Ta tutaj lwica Eliza stale martwi się tym, co było albo tym co może się wydarzyć, a ryś Jeryś, ekhm, no on jest po prostu różowy.

Kruk Mruk poleciał do ksiąg. Latał od gałęzi do gałęzi, trzepotał głośno skrzydłami, mruczał coś pod dziobem, zwieszał się na gałęziach do góry łepkiem. W końcu sfrunął z gałęzi na pieniek i szybko wyrecytował.

– Ty, Dżonku, spódnicę babci Karen przerób na chustę na szyję, a wówczas nie będzie ci się plątała miedzy odnóżami i nadal będziesz ją miał przy sobie. Tobie, Jerysiu zrobię zdjęcie – i kruk wyciągnął zza skrzydła polaroid. -Wrzucę fotę do wiadomości Miasta z piasku do rubryki „odważna kreacja na zimę”. Wszyscy w lesie to czytają. Od dzisiaj różowe futro będzie się dobrze kojarzyło. I wiesz, co? Warto by było, żebyś się innym pokazał, żeby wiedzieli, że istniejesz. A ty, Elizo. Hmm. – Kruk Mruk stanął nagle pośrodku pieńka i spojrzał na Elizę. – Widzę, że nie chcesz rady. Przyjmij więc ode mnie prezent. Masz tu bejsbolówkę. – Mruk wyciągnął zza drugiego skrzydła czerwoną bejsbolówkę z napisem „skub dzień” – Wróć na rynek z bejsbolówką włożoną tyłem na przód. Daszkiem zakryjesz swoje trzecie oko. Zawsze będziesz mogła ją zdjąć, ilekroć będziesz chciała pomyśleć o przeszłości lub zastanowić się nad przyszłością. – Kruk Mruk skończył i wskazał na kolejne zwierzę.

Dżonk, Eliza i Jeryś podziękowali Mrukowi i pożegnali się z nim. 

W drodze powrotnej Dżonk tańczył na grzbiecie Elizy. 

– To działa! Mam tak lekkie odnóża, że mogę tańczyć, widzicie?

Eliza w bejsbolówce z napisem „skub dzień” wyglądała jakoś inaczej. Nic nie mówiła, tylko rozglądała się tak, jakby nigdy wcześniej nie widziała drzew, nieba, śniegu.

Jeryś nastawiał uszu i wsłuchiwał się w odgłosy zimowego lasu. Dżonk nucił jakąś wesołą melodię. Pod łapami Elizy skrzypiał śnieg. Okoliczne drzewa bujały się pod ciężkimi, białymi czapami. W dali połyskiwały światła Miasta z piasku.

Jesówka, 24 stycznia 2021 r.

Lidia Iwanowska – Szymańska 

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *