Duchy w ścianach

z cyklu Moje opowieści australijskie

Lidia Iwanowska – Szymańska 

Bliźniaczki Janka i Lusia wylądowały w Melbourne wieczorem. Był grudzień, australijska wiosna. Eukaliptusowe drzewa wokół terminala obsiadły stada białych kakadu. Przekrzykiwały hałas silników samolotowych kołujących na lotnisku. Wiatr niósł zapach morza. Przyjaciele dziewczynek w Warszawie musieli jeszcze chodzić do szkoły, bo ferie świąteczne zaczynają się dopiero za dwa dni. Janka i Lusia przyjechały do Australii, do Grani, to znaczy babci Janki i Lusi. Uwielbiały wakacje u niej. Tym razem przyleciały nie tylko na wakacje. Niedawno umarł dziadek Max, i choć dziewczynki nie mogły przyjechać na jego pogrzeb przyjechały do niej na święta z mamą.

Grania przywitała dziewczynki na lotnisku. Była przygarbiona i smutna, jak nigdy. Siwe, długie włosy miała w nieładzie. Kolorową sukienkę do kostek niedbale przewiązała sznurkiem. Wyściskała bliźniaczki i uśmiechnęła się do nich ciepło. 

– Znowu ktoś was powyciągał za ręce i nogi! Janko, co za bajeczny kolor – przygładziła różowe włosy  wnuczki. – Lusiu, a twój jeżyk na głowie sprawdzi się tej wiosny u nas znakomicie! – pocałowała Lusię w głowę.

– Widziałyście kogoś ciekawego w niebie? – Grania zawsze zadawała im to pytanie kiedy odbierała wnuczki z lotniska.

– Ja widziałam Jowisza – odpowiedziała Janka.

– A ja Wenus, tak sądzę. I była taka piękna. – powiedziała szeptem Lusia, bo tak naprawdę nic nie widziała, ponieważ przez cały lot z Dubaju do Melbourne oglądała filmy.

– No to w drogę. Jedziemy do domu! Robi się ciemno. A wy pewnie jesteście bardzo zmęczone. – powiedziała Grania.

Do domu dotarły nocą. Na dworze cykały cykady, a nad głowami, na bezchmurnym niebie błyszczał Księżyc i Krzyż Południa. Dziewczynki wepchnęły walizy do gościnnej sypialni i zmęczone padły na łóżka. Janka leżała przy oknie i wpatrywała się w niebo. Mimo zmęczenia nie mogła zasnąć. W Warszawie była dopiero pierwsza po południu. Nagle usłyszała nad sufitem hałas. Szuranie, jakby ktoś chodził po dachu, może nawet biegł, może było ich więcej, może ktoś kogoś gonił?  

– Kto tam? – Janka przez długi czas nasłuchiwała, ale nie było odpowiedzi. Usłyszała chrapanie Grani w sypialni obok. W pokoju z drugiej strony korytarza mama rozpakowywała swoje rzeczy. Hałas pod dachem nie powtórzył się i Janka w końcu zasnęła. 

Kiedy następnego dnia Grania obudziła dziewczynki, w jadalni pachniało obiadem. Janka i Lusia zjadły zupę z kapusty. Burgerów z mięsa kangura nie ruszyły. Jeszcze w piżamach wyszły do ogrodu sprawdzić pogodę. 

– Ale gorąco. Może pójdziemy nad morze? – Lusia zaproponowała Jance. – Graniu, czy możemy wziąć kajak? Pójdziemy na plażę. – zadecydowała Lusia.

– Okej, weźcie. Tylko proszę, załóżcie coś na głowy i weźcie wodę do picia. Leży pod płotem. Trzeba go odkurzyć. Ostatnio był używany chyba rok temu, kiedy tu ostatnio byłyście. – Kajak i wszystko inne w domu babci wyglądało teraz tak jakby przez ten rok dom był zaczarowany przez złą wróżkę i spał do dzisiaj. 

– Yes, sir. – Dziewczynki pobiegły do sypialni i szybko założyły stroje i spodenki. Zabrały worki z klapkami i wodą do picia. Obie zgodnie stwierdziły, że kajaka nie trzeba odkurzać, bo można go wypłukać w morzu. 

Szły swoją stałą trasą. Przez park z potokiem, potem przez jezdnię i na końcu drewnianą kładką na plażę. Po drodze, jak zwykle, zahaczyły o woolwortha. Lody to obowiązkowy punkt wyprawy. W sklepie puszczano świąteczne piosenki, a przebrany za św Mikołaja chłopak w krótkich spodenkach i japonkach na nogach dzwonił wściekle dzwonkami. Dalej poszły z lodami w rękach i z trudem przytrzymywały jednocześnie kajak. Upał nie odpuszczał. Janka co chwilę ścierała pot z czoła, strój przyklejał się jej do pleców. Lusia zlizywała z twarzy słone krople potu, na zmianę ze słodkim rozpływającym się lodem.   

Kiedy bliźniaczki wyszły na plażę, zmęczone drogą, położyły się na mokrym piachu. Do twarzy dziewczynek przyklejały się drobne ziarenka piasku. Piach był prawie taki jak w Stegnie, nad Bałtykiem. Na plaży leżały muszle, kraby i inne stworzenia.

– A co to? – Lusia wskazała na galaretowate, kilkucentymetrowe kiełbaski. – Nie było tego rok temu?  Ciekawe, czy można dotknąć? – zapytała Lusia.

– Może lepiej nie dotykaj. Nie znamy tego. Trochę to przypomina meduzy, a wiesz, że meduzy w Australii bywają zabójcze? – powiedziała Janka. Sama jednak szturchnęła patykiem jedną z kiełbasek. 

– Wiem, wiem.  Ty też nie dotykaj! – Lusia krzyknęła na Jankę. – Popatrz, tego tu jest mnóstwo! Trzeba zapytać Granię, co to takiego?

– Chodź, można pływać, ktoś tam siedzi w wodzie, widzisz? – Janka wskazała na samotnego pływaka.

Janka odepchnęła kajak z piasku, a Lusia wciągnęła go głębiej do wody. Wypłynęły na spokojne morze. Słońce schodziło niżej nad taflę wody. Lusia wiosłowała. Janka położyła się na kajaku i zamknęła oczy. 

***

Nagle zrobiło się bardzo zimno. Janka znalazła się na lądzie. Jej ciało robiło się galaretowate, obślizgłe i ciężkie. Szukała jakiegoś schronienia, a jedyne co widziała na plaży to przedziwna konstrukcja przypominająca kształtem muszlę ślimaka. Weszła do niej. 

***

– Aaaa – krzyknęła Janka. Była w wodzie. Nad sobą widziała wyciągniętą rękę Lusi.

– Trzymaj się mnie! Wciągnę cię na! Co ci odbiło? – Lusia nie przestawała krzyczeć. Złapała rękę Janki i wciągnęła ją na kajak. 

– Chyba zasnęłam i wpadłam do wody. Dzięki. Chodźmy już do domu. 

Po powrocie do domu dziewczynki zjadły kolację i poszły od razu spać. Jetlag ciągle nie pozwalał na funkcjonowanie zgodnie z australijskimi porami dnia. W środku nocy Jankę obudziły hałasy od strony dachu. 

– Kto tam? – zapytała. – Graniu, to Ty? – zamiast odpowiedzi Janka usłyszała głośniejsze uderzenia w dach. Jakby uderzał w nie grad albo coś jeszcze większego. – Lusia wstawaj, coś tu jest! – szarpnęła siostrę na łóżku obok.

– Stefan, Stefan, nie odchodź! – Lusia półprzytomnie i niezbyt wyraźnie wzywała przez sen swojego ulubionego bohatera opery mydlanej. Podniosła się na łokciach – OMG, co ty? Po co mnie budzisz? 

– Posłuchaj! – rozkazała Janka

Obie dziewczynki siedziały na łóżkach i wsłuchiwały się w hałasy dobiegające z dachu. 

– W ścianach też coś jest? – zauważyła Lusia. – Co to?

– No właśnie, co to? Wczoraj było tak samo. Dzisiaj to nawet jest tego więcej. Teraz to już nie zasnę. Boję się. – Janka schowała się pod kołdrę.

– Daj spokój, Janka! To tylko duchy w ścianach. – zaśmiała się Lusia, a potem spoważniała i powiedziała szeptem – O rany, a może to dziadek?

– No teraz to mi pomogłaś. Idę do Grani. – Janka zatkała uszy i poszła spać do pokoju Grani. Lusia położyła się w łóżku mamy, ze słuchawkami na uszach i mówiła do siebie „Dziadku, jeśli to ty, błagam, nie gniewaj się na mnie. Nie chciałam ci wtedy zabrać krzesła spod pupy. Byłam na ciebie zła, bo mi nie dałeś lodów. Dziadku, nie rób nam nic złego. 

Następnego dnia przy lunchu dziewczynki opowiedziały, co się działo w sypialni. 

– Zdawało wam się – powiedziała Grania. – Gdyby to był dziadek usłyszała bym go. Z niego zawsze było strasznie głośne choć poczciwe dziadzisko. Poza tym on nigdy nie lubił świąt, więc gdyby miał tu przyjść to dopiero po świętach – Grania uśmiechnęła się do siebie. 

– To jetlag. Jeszcze dwa dni i dojdziecie do siebie. Dzisiaj szykujemy ze znajomymi choinkę na plaży. Weźmiecie pudełko z lampkami i bombki, a my z Granią zabierzemy coś do jedzenia i picia. Bądźcie gotowe o osiemnastej.

Dziewczynki postanowiły same sprawdzić, co hałasuje w ścianach. Przygotowały plan działania i dochodzenia. Najpierw sprawdziły otoczenie domu. Nie znalazły żadnych śladów. Weszły na drabinę i obejrzały dach. I tam nic nadzwyczajnego nie zauważyły. Obeszły wszystkie pokoje w poszukiwaniu śladów ducha dziadka, albo innego stworzenia. Nic. W końcu wyszły na taras.

– Spójrz, Janka, na te płatki kamelii na tarasie. Wczoraj ich tu nie było.

– No nie było, ale w nocy wiał wiatr. Przestań Lusia, szukamy DOWODÓW. 

– Tutaj, patrz! – Lusia podeszła z lupą do ściany domu od strony ich sypialni. Na ścianie widoczne były zadrapania. Jakby ktoś wbił pazury tuż pod dachem i zjeżdżał po ścianie na sam dół.

– Wchodzimy na drzewo! – zakomenderowała  Janka i we dwie przystawiły drabinę. – Eeeee, tu też nic. 

*** 

Wieczorem, na plaży, Grania, mama i dziewczynki spotkały się ze znajomymi. Było gorąco, wesoło i świątecznie. Dzieci poszły do wody. Starsi siedzieli przy ubranej wcześniej choince, rozmawiali i śpiewali. Grania zanuciła polska kolędę i w duecie z mamą zaśpiewały: Jezu malusieńki, leży u stajenki… A kiedy skończyły astralijscy przyjaciele odpowiedzieli wesołym: Christmas day, the Aussie way By the barbecue! Oh, Jingle bells, jingle bells Jingle all the way Christmas in Australia On a scorching summers day…

Nocą dorośli rozpalili na plaży niewielkie ognisko. Inni świętujący nieopodal podchodzili i składali życzenia, wypytywali o to jak minął dzień i dzielili się swoimi wrażeniami. 

Janka zasnęła na słomianej macie. Mama przykryła ją chustą. Lusia układała galaretowate kiełbaski na stertę.

***

Janka poczuła, że jest w muszli ślimaka. Muszla przemówiła do niej głosem dziadka.

– Janko, Janko, dobrze ci tu?

– Dobrze dziadku, a tobie? Gdzie jesteś? Czy to ty chodzisz w ścianach domu Grani?

– To nie ja, Janko, ja chodzę po plaży. To są…

***

Janka ocknęła się z dziwnego snu bo Lusia wachlowała ją właśnie mokrym wodorostem. Wszyscy powoli zbierali się do domów. Sąsiad Grani, Michael, który był biologiem, trzymał w ręku galaretowatą kiełbaskę. 

– To torebki z jajami ślimaków księżycowych. W każdej z takich torebek znajdują się mikroskopijne jaja. Jeśli się popatrzy na torebkę pod światło, można zobaczyć ich tysiące. Ślimak, który je zniósł jest kilka razy mniejszy. Za kilka dni torebka pęknie w wodzie i wykluje się z niej plankton. A kiedy dorośnie, taki ślimak księżycowy będzie pożerał małże. Max, wasz dziadek opowiadał mi kiedyś, że jako młody mężczyzna miewał dziwne sny. Śnił mu się nocami ślimak księżycowy, a właściwie to on nim był. W muszli ślimaka kontaktował się z przyjacielem z wojny. A ten przyjaciel już wtedy nie żył. Nie pamiętam tylko, o czym oni tam rozmawiali. Nawet jego imię mi gdzieś uciekło. Florenzio, Maurizio?

*** 

Kiedy Grania, mama i dziewczynki dotarły do domu, było już bardzo późno. Jak tylko Janka weszła do sypialni, usłyszała chrobotanie i uderzenia w ścianie. 

– Graniu, no teraz już musisz to usłyszeć! Mamo, Lusiu, posłuchajcie!

– Faktycznie, coś hałasuje. Czy to ty, Max? – zapytała przejęta Grania. Nikt się nie odezwał. Całą noc przysłuchiwały się odgłosom ze ściany.

– To nie do wytrzymania. – jęknęła Grania. – Naradźmy się, co robić. Musimy w końcu rozwiązać tę zagadkę.

Usiadły przy stole w jadalni. 

– Zbierzmy fakty. Hałasy, tupot i stukanie. – powiedziała Janka.

– No tak, ale tylko nocą. Jeszcze zadrapania  na ścianie i brak śladów w środku domu. – stwierdziła Lusia.

– Ten duch, lub cokolwiek to jest, nie może być zbyt duży, bo ściany są cienkie, a wszystko wskazuje na to, że tam żyje. – odrzekła mama.

– To coś nie mówi ludzkim głosem. – powiedziała Grania.

– Zastanówmy się – Lusia surfowała po Internecie w poszukiwaniu wskazówek. –  To nie może być dziadek, to nie może być w ogóle człowiek, ma ostre pazury, hałasuje w  nocy i mieszka w ścianach. – Nagle jej twarz rozjaśniła się i Lusia krzyknęła – Już wiem! Znalazłam. 

*** 

W południe następnego dnia pod furtką stała furgonetka z napisem Wildlife Rescue Services . Lusia poprosiła rano mamę, żeby zadzwoniła po służbę ochrony przyrody. Do domu weszło dwoje młodych ludzi w ranczerskich kapeluszach i uniformach w kolorze khaki. 

– Co my tu mamy? – zapytała młoda kobieta.

– Duchy w ścianach. – mama zaśmiała się i zaprowadziła ich do sypialni dziewczynek.

Młodszy ratownik podszedł do ściany i jak lekarz ze stetoskopem przysłuchiwał się jej. Ratowniczka wywierciła mały otwór. 

– Rodzina oposów. – Stwierdzili zgodnie. –  Ale nie możemy jej teraz przeprowadzić. Z jakiegoś powodu wybrały ten dom na swoje gniazdo. Oposy są pod ochroną, więc proszę im pozwolić zostać do czasu, gdy małe dorosną. Potem pewnie się wyprowadzą. Zostawimy dla nich na drzewie budkę. – wyjaśnili i zasłonili dziurę. Ratownicy zamontowali niewielką, drewnianą  budkę na drzewie i na odchodne krzyknęli:

– Good day!

– Good day!

– A już myślałam, że to Max. – powiedziała Grania – Eee, w sumie to miłe, że wybrały nasz dom. Widać wyczuły, że im tu nic nie grozi.

Dziewczynki co rano zaglądały do dziury w ścianie i cierpliwie znosiły conocne eskapady oposów po dachu i w ścianach. Zaobserwowały, że jest dwoje dorosłych i dwa małe. Dały im imiona Max, Medium, Small i Little.  Kiedy oposy wyprowadziły się na drzewo, Janka włożyła rękę do gniazda w ścianie, żeby sprawdzić czy nic tam nie zostało. 

– Luśka, tam coś jest! – krzyknęła i wyciągnęła szybko rękę z dziury.

– Pokaż? – teraz to Lusia włożyła rękę do dziury i wyciągnęła z niej przewiązany sznurkiem pakunek. Odwinęła go. W pakunku był pistolet. Na uchwycie widniał wygrawerowany napis: Max & Fabio. Dziewczynki schowały pistolet do pudełka po butach i wsunęły pod łóżko Lusi. 

Wieczorem Janka znowu nie mogła zasnąć.

– Lusiu, Max to pewnie dziadek, a kim może być ten Fabio? – zapytała z łóżka pod oknem.

– Nie mam pojęcia, sprawdzimy to jutro, ok? – odpowiedziała Lusia, ziewnęła i odwróciła się na drugi bok. 

18 grudnia 2020 roku

Jesówka

About the author

Lidia Iwanowska-Szymańska

View all posts

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *